środa, 30 kwietnia 2014

Człowiek bez duszy cz. 8

Sen ponownie się zmienił, pozostawiając po sobie tylko dziwne wspomnienie. Tym razem wyrzucił go nieco dalej w przyszłość, w pobliże tej pamiętnej nocy która tak bardzo zmieniła jego życie. Pamiętał tylko, że liczył się cel. Aby go osiągnąć musiał jeszcze wiele zrobić, a czasu było coraz mniej. Najważniejsza noc zbliżała się coraz szybciej. Była najdłuższa w roku i to wraz z pełnią księżyca. To był idealny czas aby tworzyć rzeczy piękne i straszne. Wraz z Xanidorem już od tygodnia nie wychodzili z wieży. Zgromadzenie potrzebnych składników, w tym ciał niewolników, było trudne i czasochłonne. Odpowiednie ich ułożenie, jeszcze gorsze. Poza tym wypadało, aby jednak dożyli tej nocy. Należało ich więc karmić i utrzymywać w odpowiednim stanie. Selthus stał teraz wraz ze swym Mistrzem w wielkiej wieży, położonej najdalej od zamku-twierdzy.
- Przyprowadź jeszcze tą śliczną służkę. Posłuży nam za ofiarę. - powiedział czarownik, rysując dziwne znaki na ziemi.
- Tak Mistrzu. Ma być przytomna? - zapytał beznamiętnym tonem.
- Oczywiście. Jej krzyki tylko nam pomogą.
Selthus skinął głową i zniknął w ciemnym otworze w podłodze, prowadzącym do piwnic. Po chwili dało się słyszeć ciche łkanie dziewczyny. Była w łachmanach i ciężkich kajdanach. Mogła mieć nie więcej niż 15 lat. Długie, brązowe włosy spływały jej na twarz. Jej przerażenie tylko wzrosło gdy spostrzegła przygotowania. Całe okrągłe pomieszczenie tonęło w półmroku rozświetlanym jedynie przez drgające promienie świec. Na środku stał wielki, kamienny ołtarz. Na jednej jego części umieszczono lodowy sarkofag, z Lady tej Twierdzy. Ciało było niemal nietknięte przez czas. Lód idealnie ją zakonserwował. Jej delikatne, złociste włosy ułożyły wokół drobnej głowy świetlistą aureolę. Szaty w kolorze letniego nieba, komponowały się z całą postacią. Pozostała tak, zamknięta przez lata, w niemal nietopniejącym lodzie. Ołtarz był wielki, drugą jego część pozostawiono pustą. Wokół tego podwyższenia narysowano krąg ochronny, złożony z dziwnych znaków których nie mogła znać przyprowadzona dziewczyna. Gdzieniegdzie pozawieszano ciała nieszczęśników, nie wiedziała jednak czy są żywi czy umarli. Gdy błagała o życie, zataszczono ją brutalnie do ołtarza i przypięto kajdanami.
- Doskonale Selthusie. Zrobiłeś wielkie postępy. - pochwalił go Xanidor z uśmiechem.
- Dziękuję Mistrzu, ale... czy ta ofiara jest konieczna? - wciąż się wahał, niewiele, ale to wystarczyło, aby wywołać na twarzy Mistrza grymas wściekłości.
- Selthusie... czy mam rozumieć, że ty sam chcesz tu legnąć? - pokazał od niechcenia szamoczącą się dziewczynę.
Chłopak spuścił głowę.
- Nie Mistrzu. Wybacz.
- Nigdy więcej nie wątp w me słowa, ani mi się nie sprzeciwiaj. Dobrze ci radzę. - wrócił do przeglądania księgi, poprawiając liczne znaki wypisane wokół całego pomieszczenia.
Nagle ktoś otworzył z głośnym hukiem drzwi do wieży. W progu stał jego ojciec, Lord tego zamku. Niewiele jednak pozostało mu z człowieka którym niegdyś zapewne był. Jego blada, chorobliwie zielonkawa skóra, przypominała teraz wytarty pergamin, strój miał w nieładzie, nie zabrał nawet miecza, ani strażników. Gdy wszedł, zamaszystym krokiem, nawet nie spojrzał na syna. Jego rozognione spojrzenie padło tylko na zamrożoną ukochaną. Nie widział ani Selthusa, ani wleczonego przez siebie Albisa.
- Co on tu robi?! - wykrzyknął Selthus, idąc w stronę brata.
- Jest niezbędny, jak wszystko w tym miejscu. A teraz zamilcz i zajmij swe miejsce. - powiedział nieznoszącym sprzeciwu głosem czarownik.
- Co chcesz mu zrobić?! - chłopak nie poddawał się.
Dziewka to jedno, ale tu miał swego brata, jedynego. Czarownik warknął i zaciągnął go na wyrysowany niewielki krąg wewnątrz wielu większych ozdabiających licznie kamienną posadzkę.
- Jeszcze jedno słowo, a każę ci wyrwać język. - zagroził zaskoczonemu chłopakowi.
- Wybacz Mistrzu. Będę słuchał... jak zawsze. - powiedział spuszczając potulnie głowę.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Człowiek bez duszy cz. 7


Nie rzucał on żadnego światła, tak jak oczekiwał chłopak. Wręcz przeciwnie, pochłaniał je łapczywie. Był cały szary, wokół niego wirowały w dziwnym tańcu maleńkie, ciemne punkciki. Selthus przez chwilę patrzył na niego, zdumiony i urzeczony. Z początku nawet podejrzewał, że przywołał nie tego ducha co trzeba. Gdy jednak spojrzał w jego oczy wiedział, że wszystko zrobił poprawnie. Białe, świetliste, rozwiane niczym na wietrze włosy przysłaniały dwie czarne dziury, w których paliły się zielone światełka. Usta miał wykrzywione w znanym mu wrednym grymasie. Na sobie zaś zaledwie cień dawnej zbroi, podobnej teraz do mgły pokrywającej o poranku pola. Gdy otworzył usta, wydał się z nich straszliwy świst. Chłopak zasłonił dłońmi uszy, ale to w niczym nie pomogło. Dźwięk dudnił we wnętrzu jego czaszki.
- Chłoooopcze.... chłopcze.... czego chcesz? Nie pozwalasz mi spocząć w spokoju? - wyszeptał grobowym tonem, a po plecach Selthusa przeszły ciarki.
Nie tak to sobie wyobrażał. Miał ochotę wybiec stąd z krzykiem. Nie mógł jednak tego zrobić, zaszedł już za daleko. Wstał, z trudem panując nad miękkimi kolanami.
- Nie. - głos mu drżał zaś język stanął kołkiem. - Nie pozwolę ci odejść, masz mi służyć.
Zaschło mu w gardle, a przecież musiał jeszcze tyle powiedzieć.
Duch zaśmiał się okropnie. Od tego omal serce nie stanęło chłopakowi w piersi. W krypcie było coraz zimniej.
- Spójrz... rozejrzyj się... nie jesteś tu sam... - kontynuował duch. - Daj mi usnąć... muszę iść... wołają mnie, nie słyszysz ich szeptów? - niemal załkał, wyciągając chude dłonie w kierunku jego ciała.
Selthus drgnął, ale nie uciekł.
- Stój! Rozkazuję ci! - zamachał niewielkim woreczkiem, w którym ukrył włosy zmarłego.
Duch zatrzymał się i zmierzył go swym gorejącym wzrokiem.
- Jesteś głupcem chłopcze... - powiedział, zaraz potem z jego gardła wyrwał się tak żałosny pisk, że Selthus ponownie znalazł się na klęczkach, przyciskając ręce do uszu.
- Przestań! Wyjdź z mojej głowy! - wrzeszczał, a gdy tortura dobiegła końcu, zamrugał zaskoczony oczami.
Uniósł niepewnie głowę po to tylko, aby odskoczyć ponownie z krzykiem. Tuż przy nim, w odległości zaledwie kilku centymetrów wisiała głowa Elvera, bez ciała które niknęło w mroku.
- Co to za sztuczka! Nie igraj ze mną! Nie przestraszysz mnie. - wysyczał Selthus, dumnie stając na nogach.
Ręce mu drżały jak nigdy w życiu. Nie opuścił jednak ochronnego kręgu. Wiedział, że gdyby to zrobił, przyzwana istota rozerwałaby go na strzępy.
- Doprawdy? Widzę coś zupełnie innego. Chłopca trzęsącego się przede mną jak dziewka w noc poślubną. - zadrwił duch, wypełniając wnętrze swym okropnym śmiechem.
- Już nigdy nie będziesz mnie poniżał! - wysyczał Selthus, potrząsając woreczkiem.
Duch nagle zwiększył swe rozmiary, wypełniając sobą całą przestrzeń.
- Nikt mi nie rozkazuje! Ani ty, ani tym bardziej Oni! Nie mam żadnego mistrza Aaaa!!! - nagle krzyknął, zmniejszając się znacznie.
Był teraz nie większy niż świeca. Jego nikły blask już nawet nie pochłaniał innych świateł. Walczył tylko o dalszą egzystencję.
- C...co się stało? - zapytał niepewnie chłopak, podchodząc.
- Ciemność się zbiera... nadchodzą... UCIEKAJ!!! - wykrzyknął, wypełniając całą czaszkę chłopaka swym głosem.
Selthus cofnął się przerażony. Nie rozumiał co się działo. Zrobił przecież wszystko co było napisane w księdze. Co do ostatniego szczególiku. Powinno być łatwiej! To nie było sprawiedliwe! Komnatę ogarnęły nagle cienie. Temperatura ponownie spadła, tworząc z trzaskiem piękne malowidła ze szronu, na ścianach. Następnie sycząc, zaczęły poklei gasnąć świece, a chłopak poczuł ukłucie strachu. Zapanowała ciemność...  
Pierwszym co zobaczył, były wpatrzone w niego maleńkie, świetliste punkciki. Niestety z każdą chwilą dostrzegał coraz więcej szczegółów. Nie ośmielił się jednak zamknąć oczu. Zabiliby go za to... Byli podobni do Elvera, ale znacznie bardziej mroczni, ciemniejszej barwy. Mieli stare, mgliste zbroje, zakrzywione pazury i najczęściej, w niewielkim stopniu przypominali ludzi którymi może kiedyś byli.
- Czego chcą?! - wykrzyknął, gdy nie zbliżali się ani nic nie uczynili.
- Mnie, ciebie, nas... duuuusz... - wyszeptał z jękiem.
Chłopak zmrużył wściekle oczy. Przyszli po jego własność. Elvero był jego, JEGO. Nikomu go nie odda. Chwycił szybko niewielki kamyk z wyrzeźbioną runą. Gdy ją rozbił ze zgrzytem o podłogę, z zawodem stwierdził, że nic się nie stało.
- Chłopcze, już za późno... nic nie poradzisz... - głos Elvera niknął powoli w pustce.
Oczy zaś spoglądały na nich, nieczułe i wygłodniałe. Selthus spostrzegł, że zaczynały się do niego przybliżać, zaś ich usta poruszały się w bezgłośnej groźbie. Co gorsza, jeden z nich zamknął w swych kościstych dłoniach maleńką duszę Elvera.
- Puść go upiorze! - krzyknął chłopak i niewiele myśląc ruszył do ataku.
Opuścił ochronny krąg rzucając proste zaklęcia światła, ognia... cokolwiek mu przyszło do głowy. Gdy poczuł dotyk jednego z nich wiedział, że wraz z ciepłem uchodzi z niego życie. Odwrócił się na pięcie widząc, że droga ucieczki jest zamknięta. Dusze napierały swymi niematerialnymi ciałami, powodując u niego coraz większe osłabienie. Powoli nie mógł oddychać. Nie chciał jednak tak ginąć, był przecież nekromantą, a oni mieli panować nad takimi jak ci tu.
- Dość! - wykrzyknął, zaś jego postać została spowita przez czerwoną aurę.
Stworzenia odskoczyły od niego z sykiem, na bezpieczną odległość.
- On jest mój! Oddajcie mi go, natychmiast - wysyczał wściekły.
Nie czuł już strachu, nie było tu na niego miejsca. Jedna z istot zrobiła mu miejsce, zaś pod ścianą unosił się ledwo widoczny płomień duszy Elvera. Selthus dumnym krokiem poszedł w tamtą stronę, uważając jednocześnie aby nie dotknąć żadnego z upiorów. Gdy chwycił maleńkie światełko, poczuł gorące łzy ulgi, spływające po jego lodowatych policzkach.
- Należy do ciebie nekromanto... - wyszeptała jeden z nich, który zaszedł go od tyłu.
Dotknął jego ramienia, zostawiając na nim wypalony ślad. Chłopak skrzywił się z bólu, ale nie mógł się od niego uwolnić. Poczuł że istota szepcze mu do ucha kolejne słowa.
- Przyjdziemy po ciebie, gdy nadejdzie kres... jesteś nam winny duszę...
Po tych słowach Selthus padł zemdlony na kamienną posadzkę. Rozbił sobie przy tym głowę. Nie wiedział ile pozostawał nieprzytomny. Obudził się potem, cały obolały. Leżał w kałuży zakrzepłej krwi. Włosy miał nią paskudnie pozlepiane. Ramię przeszył mu ból, ale miał to... Obok niego unosiła się dusza Elvero. Selthus szybko zamknął ją w niewielkim pojemniku, przypominającym szkatułkę i z miną zdobywcy poszedł w stronę wyjścia.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Człowiek bez duszy cz. 6

Następne co zrobił po rozmowie z bratem, było udanie się do krypt. Mieściły się nieco za murami twierdzy i musiał wziąć konia, pozorując krótką przejażdżkę po przyległych lasach. Piękny, brązowy ogier był jego ulubieńcem ze wszystkich koni ojca. Miał strasznie trudny charakter i lubił gryźć, dlatego zwykle nikt na nim nie jeździł. Mało kto wiedział, że wystarczy odpowiednio go podrapać i szepnąć kilka słów aby był już spokojny. Nauczył go tego czarownik, tak jak wielu innych rzeczy. Czasami zastanawiał się co by się z nim stało, gdyby nie zetknęły się nigdy ich drogi. Zapewne nadal wysłuchiwałby wrednych lekcji Elvero i miałby posiniaczoną twarz. Chłopak uśmiechnął się wrednie na wspomnienie tego, jak mu się odpłacił. Żałował tylko jednego. Zbyt krótko to trwało. Chciałby teraz cofnąć czas aby się temu przyglądać. Westchnął, dosiadając wierzchowca. Aby nie wzbudzić podejrzeń, wolnym tempem skierował się do głównej bramy. Strażnicy popatrzyli na niego niepewnie, ale nikt z nich nie był na tyle głupi aby go zatrzymać. Od kiedy był uczniem Xanidora, nikt go nie niepokoił. Wyczuwał tą nikłą aurę strachu która ich wypełniała, gdy jego ciemne oczy spoglądały na nich. Podobało mu się to. Czuł władzę, której pożądał w coraz większych dawkach. Była jak narkotyk, a on chyba się uzależnił. Gdy minął mury twierdzy ruszył galopem w stronę pobliskiego cmentarza. Był jednym z większych w okolicy, z racji że chowano tam ważniejsze osoby z pobliskich miast. Bramy zastał otwarte, zamykano je dopiero o zmroku, o czym boleśnie się już przekonał. Zsiadł zwinnie z konia i przywiązał go do bramy, po czym spokojnie ruszył przed siebie. O tej porze nie było tu wielu ludzi. Jego uwagę przyciągnęła bardzo ładna dziewczyna, idąca wraz ze swą opiekunką i kilkoma strażnikami. Gdy na nią spojrzał oblała się rumieńcem, ale starsza kobieta szybko ją odciągnęła. Selthus odprowadził je wściekłym wzrokiem. Według niego powinny być wdzięczne, że w ogóle na nie spojrzał.
- Durny plebs. - dodał jakieś paskudnie brzmiące przekleństwo, chcąc uchodzić za groźniejszego.
Pewny siebie, skierował się do krypty rodowej Elvera. Już wcześniej obejrzał ją sobie dokładnie. Wiedział jak jest skonstruowane wejście i to, że nie da rady go sforsować. Wybrał więc coś mnie widocznego. Od niechcenia skierował się na tyły sporego, kamiennego budynku. Miało niewielkie zdobienia, równie surowe co oni wszyscy. Chłopak podszedł do ściany i dotknął jej lekko. Iluzja którą tu pozostawił poprzedniej nocy rozwiała się z cichym sykiem. W kamieniu ziała spora dziura. Selthus z zadowoleniem wszedł do wnętrza zatęchłego pomieszczenia i ponownie odnowił zaklęcie. Było ono niezwykle prostą sztuczką. Oszuka każdego zwykłego człowieka. Mauzoleum okazało się ciemne, nie miało żadnych okien przez które wpadałoby jakiekolwiek światło. Chłopak zabrał ze sobą niewielką latarnię i zapalił pozostawioną w  niej świecę. Drgające, ciepłe promienie oświetliły najważniejsze elementy. Pod ścianami ustawiono kamienne sarkofagi, z leżącymi na pokrywach podobiznami zmarłych. Selthus lekko tanecznym krokiem, kluczył pomiędzy każdą z nich, dotykając zatartych nieco twarzy. Wiedział, że żona Elvera zapożyczyła się u jego ojca chcąc mu sprawić godny sarkofag.
- Jaka szkoda, w końcu po co komu bezużyteczne pudło. - wyszeptał chłopak i skrzywił się nieco, gdy jego głos odbił się echem od ścian.
Podziwiał zręczne wykonanie kamiennego sarkofagu jego dawnego instruktora. Niegdyś zapewne jego ród mógł być wielki, skoro pozwolili sobie na takie mauzoleum. Z czasem jednak najwyraźniej stracili poparcie. Dotknął twarzy płaskorzeźby.
- Elvero, stary przyjacielu, jak dawno się nie widzieliśmy. Mam nadzieję, że nie tęskniłeś za mną zbytnio? - zakpił chłopak, wyciągając ze skórzanej torby świece i kilka innych rzeczy.
Xanidor twierdził, że umarli słyszą słowa nekromantów. Chłopak nie wiedział jednak czy może się już nazywać tym mianem. Niemniej miał nadzieję, że go usłyszą. Usłyszą i zobaczą co zrobi ich potomkowi. Uśmiechnął się paskudnie do swoich myśli i zaczął wszystko ustawiać. Zanim uporał się z tym, minęło więcej czasu niż oczekiwał. Świece stały w równych odstępach wokół sarkofagu, w narysowanym kręgu. Skropił wszystko krwią swoją i jednej z niewielkich ofiar. Kurczak był równie dobry jak człowiek. Bóstwa nekromancji dość łatwo było ułagodzić. Nim zaczął przywoływanie jego ducha, z trudem uchylił wieko. Musiał zabrać jakąś część jego ciała, co uważał za najbardziej obrzydliwe ze wszystkich. Zadowolił się odrobiną włosów. Zaczął nucić tajemne zaklęcia, zaś jego głos momentalnie się zmienił. Przypominał teraz straszliwy charkot jakiejś bestii. Za jego drobną postacią tańczyły, niczym żywe, cienie. Ta część była dla niego strasznie wyczerpująca. Gdy skończył, opadł bez sił na ziemię. Ręce bolały go jak po licznych ćwiczeniach z mieczem. Przeraził się nawet, że tym razem był zbyt słaby aby opanować te moce. Xanidor wielokrotnie go ostrzegał, że czasami, zaklęcia tak wyczerpują czarowników, iż mogą doprowadzić do ich śmierci.
- Nie ma mowy. Jestem silniejszy. - wyszeptał, z trudem wstając.
Natychmiast odczuł, że w pomieszczeniu zapanował niesamowity chłód. Świece rzucały teraz zalewie nikłe światełka, z trudem rozświetlając mrok. Tuż przed nim zaś... Krzyknął i upadł na ziemię, gdy zobaczył unoszącego się pod sufitem upiora.

sobota, 26 kwietnia 2014

Człowiek bez duszy cz. 5

Nadeszła mgła snu, rozwiewając się zupełnie... Mężczyzna wstał obolały z łóżka. Potarł zmęczony, zdrętwiały kark. Nienawidził śnić. To było znacznie gorsze od zwykłych wspomnień, których zresztą wystrzegał się jak ognia. W snach bowiem nie miał władzy, nic nie mógł zrobić i zawsze przeżywał te same momenty. Do znudzenia... Uśmiechnął się paskudnie na wspomnienie swego dawnego mistrza. Xanidor był dobry dla niego... ale nic nie trwa wiecznie. Zadrżał od nieistniejącego wiatru. Wstał i przeciągnął się leniwie. Wciąż panowała noc. Dom pozostawał w uśpieniu. Selthus podszedł do okna i wyjrzał w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak zagrożenia. Nic jednak nie dostrzegł, co go bynajmniej nie uspokoiło. Niemal automatycznie wrócił do łóżka i szczelnie okrył się miękkim kocem.
- Xanidor... - wyszeptał i nerwowo rozejrzał się jakby w obawie przed atakiem.
Ułożył głowę na poduszce i ponownie zapadł w sen.
To co stało się potem, było niekończącym się pasmem nieszczęść. Po Elvero zginęło jeszcze kilku, mniej ważnych żołnierzy i jeden rycerz. Ludzie zaczęli obawiać się Twierdzy której nadano nazwę Siedliska Śmierci. Unikano jej i mieszkających tam ludzi jak tylko się dało. Za wszystko oczywiście obwiniano Lorda, który powinien ich chronić, zaś herb Sowy i ród Celadorów, powoli stały się nienawidzone. Nie pomagał w całej sytuacji nienaturalny upór Lorda, który nie chciał wydać głowy czarownika. Twierdził, że jego gość, nie ma on nic wspólnego z tymi nieszczęśliwymi zgonami. Po części miał racje...
Selthus jak zwykle przebywał w pracowni Xanidora. Przeglądał księgi, od których wielu innych dostałoby pomieszania zmysłów. Ostatnio dokonał ciekawego odkrycia i chciał je wypróbować. Niestety tracił obiekty do swych badań. O żywych, anonimowych ludzi było w tych czasach coraz trudniej. Na szczęście we wszystkim służył mu pomocą Xanidor.  Daleko na zachodzie wciąż uznawano stare prawa, w tym niewolnictwo. To miało rozwiązać ich mały problem z zasobami.
- Mistrzu spójrz co znalazłem. - powiedział chłopak, ukazując na otwartej dłoni niewielki kamyk z pojedynczym, migoczącym znakiem.
Xanidor, który w tym czasie wyglądał lepiej niż kiedykolwiek, podszedł do niego z uśmiechem.
- Bardzo dobrze. Musisz jednak uważać. Starożytne runy to nie zabawki. Nie zawsze służą twym celom. Potrafią być bardzo... nieprzewidywalne. - poklepał go po ramieniu i ruszył do wyjścia.
- Znowu wychodzisz? - zapytał ze zmartwieniem w głosie.
- Obowiązki nigdy nie są miłe. Muszę jednak spełnić w końcu prośbę twego ojca. Niecierpliwi się coraz bardziej. - wyszedł z wieży znikając mu z oczu.
Selthus jeszcze przez chwilę stał w bezruchu zbyt podekscytowany aby móc uwierzyć w swe szczęście. Zdobył tyle mocy o jakiej nigdy nie mógł śnić. Miał nauczyciela, wielkiego czarownika, a w dodatku, na pewno razem, sprowadzą jego matkę z martwych! Dzień nie mógł być już lepszy. Zamknął księgę, schował runę do kieszeni i wybiegł z wieży. Czym prędzej skierował się do komnat swego brata. Minęło wiele czasu od kiedy ostatnio rozmawiali, ale nie mógł się przecież rozpraszać dla zwykłej słabości. Wielkie rzeczy wymagają poświęceń, przynajmniej tak uważał jego Mistrz. Od czasu jego przyjazdu tu minęły ponad dwa lata. Albis w tym czasie również nie próżnował. Doskonalił swoją wiedzę o ziołach i już teraz potrafił wyleczyć niemal każde powszechne schorzenie. Nani uparcie twierdziła że chłopak ma talent, ukryty gdzieś głęboko. Zapewne chciała go z niego wydobyć. Selthus uśmiechnął się krzywo do swoich myśli. Przyjdzie czas i na nią, jak tylko zabraknie mu obiektów. Musiał jednak jeszcze poczekać. Xanidor twierdził, że nie powinien przez najbliższy czas eksperymentować na żywych. Ale w końcu po co komu żywi? Martwi byli równie dobrzy. Taki Elvero, dla przykładu. Miał zamiar niedługo złożyć mu wizytę w jego ślicznym mauzoleum. Na pewno stęsknił się za dawnym uczniem.
Oczywiście nie śmiałby się oficjalnie sprzeciwić Mistrzowi. Musiał jeszcze tyle się od niego nauczyć. Przyspieszył, wpadając do zielonej komnaty swego brata. Pachniało tu ziołami i mokrą ziemią. Za namową Nani, Albis zmienił komnatę na tą, w odleglejszym skrzydle. Miała piękny taras, łączący się z wielkim ogrodem. Selthus jednak podejrzewał, że medyczka zrobiła to celowo, aby wyrwać Albisa spod wpływu złego brata. Nie dbał o to. Gardził tą kobietą i wiedział, że ona również nie darzyła go sympatią. Gdy jednak zobaczył ją teraz w komnatach brata, z trudem powstrzymał swój temperament.
- Co tu robisz? - zapytał przez zęby, co nadało jego głosowi nieprzyjemne brzmienie podobne do syku.
Kobieta uśmiechnęła się słodko.
- Udzielam mu lekcji, a jak myślisz. - spojrzała na niego z pożałowaniem. - Wyglądasz zupełnie jak ten czarownik. Od kiedy to zacząłeś się ubierać jak on?
Selthus poprawił z dumą czarny płaszcz.
- Wyjdź. - powiedział, mrużąc niebezpiecznie oczy.
Wiedział, że jeśli ta jędza zaraz nie zniknie mu z oczu, zamieni ją w coś... ciekawego. W końcu potrafił już wiele, teoretycznie. Albis uśmiechnął się uspokajająco.
- Selthusie, chodźmy do ogrodu. Sami. - powiedział, spoglądając na kobietę.
Ta skinęła głową i wycofała się ale nie wyszła z komnaty, co zirytowało chłopaka. Wraz z bratem ruszył do pięknego ogrodu. Skrzywił się czując zmieszane słodkie zapachy.
- Czy wszystko w porządku? - zapytał Albis.
- Czy coś musi się stać, abym zechciał porozmawiać z własnym bratem? - zaśmiał się Selthus.
- Nie tylko... ostatnio mało rozmawiamy. Wciąż przebywasz z tym czarownikiem i... - nie dokończył, gdyż Selthus ostrym ruchem mu przerwał.
- Nie rozmawiajmy tu o tym. Widzę że masz... piękny ogród. - powiedział, krzywiąc się lekko.
- Podoba ci się? Ostatnio nawet czarownik dał mi jedną roślinę. - pochwalił się brat.
Selthus natychmiast spoważniał. Czego on mógł chcieć od Albisa? Przecież jego brat był nikim. To z NIM chciał współpracować. A może już się znudził?
- Selthusie? Zbladłeś. - powiedział do niego, kładąc mu dłoń na ramieniu.
Chłopak gwałtownie odrzucił jego rękę i uśmiechnął się wrednie. Przez te miesiące świetnie wyćwiczył w sobie ten grymas, wyrażający zarazem absolutną pogardę i utajoną groźbę.
- Jesteś ślepy? Zawsze tak wyglądam. - warknął, idąc w stronę zacienionej ławki pod wielkim drzewem.
Albis stał jeszcze przez chwilę, zaskoczony tym nagłym wybuchem. Dopiero po jakimś czasie usiadł obok niego.
- Chciałeś o czymś rozmawiać?
- Tak... ale nie wiem czy powinienem. - powiedział, unikając jego wzroku.
Nie był pewien jak jego młody brat zareaguje na informację o powrocie matki. Dla niego było to absolutnie cudowne, ale on zmienił swój pogląd nawet na mroczniejsze sztuki. Jego brat zaś był głupi i zaślepiony przez tą jędzę Nani.
- Powiedz mi... proszę. Przecież wiesz, że możesz mi zaufać. Kiedyś mówiliśmy sobie wszystko. - Albis był podekscytowany.
Wpatrywał się w niego wielkimi oczami.
- Tak, kiedyś. - odparł Selthus z paskudnym grymasem. - Xanidor chce sprowadzić naszą matkę. Do nas... rozumiesz? - zapytał chwytając go lodowatą ręką.
Albis wydawał się go nie słyszeć. Zmarszczył brwi i pokręcił głową.
- Ale ona nie żyje.
Selthus prychnął, wstając szybko. Zaczął krążyć wokół ławki i gestykulować żywo.
- Nie bądź głupszy niż jesteś. Śmierć to tylko drobna niedogodność. Prawdziwy czarownik potrafi i ją zwalczyć. - powiedział, z dumą unosząc głowę.
- C...co? Ty potrafisz? - również wstał, z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Nie, ja nie umiem, ale Xanidor tak! On jest silny i mądry! Obiecał że ją sprowadzi. To będzie już niebawem, a ja mu w tym pomogę. Czyż to nie cudowne?! - chwycił go na przedramiona i potrząsnął. - Pomyśl! Znowu będziemy razem! Będziemy rodziną.
Albis uśmiechnął się jakby sztucznie, co nie uszło uwadze Selthusa. Teraz pożałował że dał się ponieść emocjom. Nic już jednak nie mógł na to poradzić.
- Tylko pamiętaj, nikomu nie możesz powiedzieć. Nie wolno ci. - ścisnął go mocniej a na twarzy chłopca wyszedł grymas bólu.
- To boli, puść mnie!
- Obiecaj!
- Puść Selthusie! Obiecuję! - zaczął płakać.
Gdy został uwolniony pobiegł z płaczem do swoich komnat. Selthus jeszcze przez chwilę stał w miejscu spoglądając na swoje dłonie.
- Co się ze mną dzieje? Kiedyś nigdy bym go nie skrzywdził. - ruszył szybko w kierunku wieży czarownika, spychając na dno swego serca wszelkie skrupuły.

piątek, 25 kwietnia 2014

Człowiek bez duszy cz. 4

Po tej rozmowie Lord wydał stosowne rozkazy. Czarownik dostał własną komnatę we wschodniej wieżycy, wraz z pilnującą wejścia strażą. Mógł niemal bez skrępowania poruszać się po całej twierdzy. Wszelkie jego pragnienia były spełniane, nawet te najbardziej odrażające. Niestety pozostali Lordowie słysząc co uczynił ich sąsiad wpadli w szał. W przeszłości razem wyruszyli na kampanię wojenną aby ukrócić okropne praktyki czarownika a teraz zamieszkał on jako wolny człowiek w twierdzy? Poza murami i w mieście wrzało od tłumionej wściekłości. Lord jednak był głuchy na wszystko. Na słowa doradców, innych Lordów i każdego kto chciał mu pomóc. Jednocześnie czarownik już otwarcie spotykał Selthusa. Coraz częściej zamykał się z nim w swej wieży i nikt nie wiedział co tam robili. Tylko oni dwaj znali tajemnice. Pewnego razu, gdy ostatnie promienie słońca oświetlały ładne wnętrze, czarownik powiedział.
- Jesteś synem którego nigdy nie miałem.
Selthus przerwał przeglądanie nowych ksiąg, które dostarczył im ojciec. Uśmiechnął się szeroko.
- Dlaczego nie miałeś syna? - zapytał, przewracając stronę starego pergaminu pokrytą dziwnymi runami.
Xanidor podszedł do szafki wyciągając słój zasuszonych ziół.
- Kobiety niezbyt chętnie rozkładają nogi dla nekromantów i czarowników.
Selthus zrobił wielkie oczy.
- Nekromantów? Jesteś przecież czarownikiem, a nie nekromantą.
Xanidor wzruszył ramionami. Wyglądał już znacznie lepiej. Chłopakowi zdawało się że młodnieje z każdym dniem. Białe włosy miał ładnie przycięte, ostrzyżoną brodę, świetne odzienie, zawsze w kolorze czerni. Srebrne dodatki i kamienie szlachetne.
- Nekromanta, czarownik, elementalista... demonolog, co to za różnica? To wszystko magia Selthusie. Nie bój się eksperymentów.
- Ale nekromancja jest zła! - zamknął z hukiem książkę.
Xanidor zmierzył go swym przenikliwym spojrzeniem.
- Magia nie jest zła ani dobra. Bez względu na to, z której gałęzi pochodzi. To ci którzy jej używają decydują o tym, do czego ma służyć. Dobro i zło, to tylko puste słowa, pozbawione znaczenia na drodze do wielkości. To cel jest najważniejszy. Poza tym wszystko zależy od punktu widzenia.
Chłopak usiadł zrezygnowany na krzesło.
- Nie rozumiem. Jak demon może być dobry? Albo nieumarły?
- Zrozumiesz. W swoi czasie. Teraz tylko rób to, co do ciebie należy i ucz się pilnie. - zza płaszcza wydobył srebrny medalion z czerwonym kamieniem, który zdawał się promieniować własnym światłem w półmroku.
Na jego widok oczy chłopaka zrobiły się wielkie.
- To dla mnie? - zapytał wyciągając łapczywie dłonie.
- Oczywiście. Będzie cię chronił, ale nie możesz go zdejmować. Rozumiesz? Nigdy. - zawiesił medalion na szyi chłopca i przyjrzał mu się z dumą. - Zaczynasz wyglądać jak czarownik. Tylko te szramy, nieco psują efekt. - dotknął jego policzka swymi chudymi palcami.
Widniała na nim krwawa bruzda od kolejnych ćwiczeń z Elvero. Chłopak zarumienił się ze wstydu.
- Ja... nie jestem wystarczająco dobry, aby go zadowolić. Aby zadowolić mojego ojca. - z trudem zapanował nad łzami które cisnęły mu się do oczu.
- Jesteś lepszy niż myślisz. Udowodnisz im to niebawem. Ale najpierw zrobisz dokładnie to, co ci każę. - nachylił się nad nim i zaczął mu szeptać do ucha tak, aby na pewno nikt tego nie usłyszał.
Nazajutrz Selthus jak zwykle ruszył w kierunku placu ćwiczeń. Elvero czekał na niego, jak zawsze, z tym samym złośliwym uśmiechem. Chłopak również się uśmiechnął i pomyślał, że po wszystkim będzie miał również taką minę, wyglądała groźnie i godnie. Będzie musiał poćwiczyć przed lustrem. Dobył miecza ćwiczeniowego i ruszył z impetem na Elvera.  Natychmiast został powalony na ziemię. Upadł w pył, ale równie szybko ponownie stanął na nogi.
- Co jest? Będziesz płakał? Jaka szkoda... - naigrywał się z niego trener. - Wyżej, bijesz się jak baba! Nie, właściwie nawet one robią to lepiej. Co to jest? - zapytał dotykając medalionu mieczem.
Selthus wyrwał się i odskoczył poza jego zasięg.
- Nosisz biżuterię? Co jeszcze? Ubierzesz sukienkę? - zaśmiał się głośno, zaś Selthus warknął wściekły i natarł na niego wymachując bezładnie mieczem. - Jesteś żałosny! Nie powinieneś nosić nazwiska Celador!
Nagle stanął jak wryty, gdy coś chwyciło go za kostkę. Z ziemi wystawała zielonkawa, brudna dłoń. Zaraz za nią pojawiła się kolejna i następna. Elvero zaczął ciąć je mieczem, ale to nic nie dawało. W ich miejsce pojawiały się kolejne. Jakimś cudem udało mu się oswobodzić i ruszył biegiem w kierunku muru. Wspiął się wysoko, pewny że tam go nie dopadną... mylił się wielce. Rzucał przerażone spojrzenia, nie dostrzegł jednak ciemnego kształtu który zawisł nad nim. Aż do ostatniej chwili, gdy runął on na niego z impetem. Wielka, skrzydlata bestia z wrzaskiem zaczęła mu orać twarz pazurami. Jej zakrzywiony dziób pożarł mu oczy. Inni żołnierze jednak niczego nie widzieli. Tylko szalonego Elvero machającego rękami. Krzyczał jeszcze, gdy spadał z murów i z obrzydliwym odgłosem zarył w kamienną posadzkę na dole. Na jego ciele nie było jednak żadnych obrażeń. Wszyscy zaś wzięli to za zwykły wypadek, lub po prostu działanie szaleńca. W końcu Elvero uchodził za surowego i trudnego człowieka, musiał się w końcu załamać. Selthus tymczasem stał z boku, patrząc na to i oceniając. Na samo dno swego umysłu zepchnął wszelkie lęki i wątpliwości. On to zrobił, zupełnie sam. Był z siebie dumny. Dumny jak nigdy przedtem... Będzie musiał potem odpowiednio zająć się ciałem. W końcu nie może zmarnować tak świetnego okazu...

środa, 23 kwietnia 2014

Człowiek bez duszy cz.3

Przemknął cicho jak mysz w kierunku wejścia do lochów. Ku swemu zdumieniu stwierdził, że nikt go nie pilnował. Otwierane wielkie drzwi prowadzące w dół zapiszczały przeraźliwie. Chłopak miał ochotę na ten dźwięk uciec jak najdalej stąd. Coś go jednak powstrzymało. Przystanął nasłuchując. Nic nie wskazywało na to, że  ktokolwiek go usłyszał. Powoli i ostrożnie zszedł wytartymi kamiennymi schodami w czeluść. Jedynym dźwiękiem który słyszał było szybkie bicie jego serca. Miał wrażenie, że rozbrzmiewa w tych murach niosąc się nieznośnym echem. Ktoś przecież musiał go usłyszeć. Westchnął, zaś jego oddech pozostawił obłoczek pary. Z trudem ściągnął jedną z pochodni przytwierdzonych do ścian. W duchu powtarzał sobie, aby zachować spokój, spokój... Nic to jednak nie dawało. Jakaś chorobliwa fascynacja ciągnęła go jednak naprzód. Mimo wszechogarniającego go przerażenia, wyjrzał za róg. Przed nim mieściła się cela z metalowym okratowaniem, przylegająca do ściany. Strażnicy wydawali się spać co, sam nie wiedział dlaczego, zupełnie go nie dziwiło. W celi panował niemal całkowity mrok. Selthus z ledwością odróżniał szczegóły. Drewniane rusztowanie z przywiązanym więźniem. Zwisające łańcuchy i liny. Szaro srebrzyste włosy więźnia które w tym słabym świetle wydawały się pałać ukrytą mocą. Kiedy czarownik podniósł głowę, chłopak cofnął się o krok. Przez twarz biegła mu paskudna, okrwawiona szrama. Jego oczy zaś pozostawały czarne i nieprzeniknione, jak pustka. Gdy się uśmiechnął, po plecach Selthusa przebiegł dreszcz.
- A... jesteś więc, dobrze że przyniosłeś wino. Zaschło mi w gardle. - powiedział szeptem, który zdawał się nieprzyjemnie odbijać echem od ścianek jego mózgu.
Miał niezwykle hipnotyczne brzmienie.
- Podejdź, nie bój się, przecież cię nie zjem. - zaśmiał się paskudnie.
Selthus nie mógł go nie posłuchać. Czuł się niemal jak marionetka poruszana przez straszliwego lalkarza. Jeśli przetnie linki, runie bezwładnie... bez życia. Podszedł więc do krat, nie mogąc oderwać wzroku od jego oczu.
- Bliżej. Podejdź bliżej. - powiedział czarownik oddychając głośno, z trudem.
Chłopak zawahał się i pokręcił głową.
- N..nie mogę. Tu są kraty. - zrobił taką minę, jakby rozmawiał z wariatem.
Czarownik starał się wzruszyć ramionami, ale w rezultacie przez salę przebiegł odgłos łańcuchów i jego syk bólu.
- To tylko materia. Czymże ona jest... dla nas? - zapytał, nie przestając się uśmiechać. - Chodź do mnie. Po prostu o nich zapomnij.
Selthus mimo że czuł coś podobnego do prądu morskiego, kierującego go do tego właśnie miejsca, nadal się wahał. Czarownik zaś wydał się tym zirytowany.
- Jesteś takim samym głupcem jak oni! - wykrzyknął nagle, a chłopak aż podskoczył przerażony. - Uciekaj więc i nigdy już nie przychodź!
W oczach młodzieńca pokazały się łzy. Nie wiedział dlaczego tak bardzo mu na tym zależało. Mimo wszystko jednak zamknął oczy i ruszył do niego. Na drodze stanęły mu zimne pręty. Otworzył zaskoczony oczy i spojrzał na śmiejącego się czarownika.
- Co? Nie zadziałało? Musisz być świadomy tego czego chcesz, a nie iść na rzeź jak jakieś jagnię. Idź! I miej zawsze otwarte oczy. - powiedział już spokojniejszym głosem.
Chłopak kiwnął głową i ruszył ponownie, z przerażeniem obserwując jak kraty przechodzą przez jego ciało niczym zrobione z powietrza. Stanął obok przywiązanego do belek czarownika, podając mu do ust bukłak z winem.
- Jak to możliwe? To jakaś sztuczka, prawda?
Mężczyzna ponownie się zaśmiał.
- Nie. To nie moja zasługa. Sam to uczyniłeś. - odparł z uśmiechem.
- A...ale jak?! Ja nie potrafię. Nie wierzę! To niemożliwe... - usiadł pod ścianą kręcąc głową.
Czarownik dał mu chwilę na uspokojenie.
- Wszystko jest możliwe.
Selthus spojrzał na niego z urazą.
- To dlaczego jeszcze tu siedzisz? Skoro to takie proste, te łańcuchy nie powinny być dla ciebie przeszkodą. - powiedział dumny z siebie, że przyłapał go na kłamstwie.
Mężczyzna zrobił znudzoną minę.
- Daj jeszcze wina. - stwierdził, a gdy powoli upił spory łyk, kontynuował. - To nie łańcuchy mnie tu trzymają, ale ty.
Sen rozwiał się gdy napłynęła mleczna mgła. Mężczyzna przewrócił się szybko na łóżku, niemal z niego spadając. Ponownie jęknął, skopał kołdrę ukazując niemal białą skórą swojego ciała. Liczne blizny przyzdabiały ją szczodrze. Przez sen zaczął szeptać imię czarownika.
- Xanidor, Xanidor...
Po chwili ponownie zapadł w głębszą fazę snu. W snach nie ma takiego pojęcia, jak czas. Jedno tchnienie starcza tam za cały żywot, a długa noc, za niezliczoną ich ilość. Usłyszał swój głos, nim cokolwiek dostrzegł. Kłócił się z kimś... Ściany znajomej komnaty ukazały się zaraz potem. Zdobione gobeliny ze scenami polowań, igrający w kamiennym kominku ogień, jego łoże i Albis. Minęły trzy miesiące od tamtych wydarzeń, od powrotu ich ojca do twierdzy. Przez ten czas wiele się wydarzyło. Selthus co noc wymykał się do lochów, aby słuchać nauk czarownika. Wpajał mu on do głowy swoje tajemnice, a chłopak, rządny wiedzy, wchłaniał chętnie. Wykonywał wszystkie jego polecenia, nawet te straszne. Jego ciekawość była niepohamowana. Nic więc dziwnego, że w końcu został nakryty, przez swojego brata.
- Nie możesz o tym powiedzieć ojcu. - łzy cisnęły mu się do oczu, gdy bezskutecznie starał się go przekonać.
- On jest naszym wrogiem! Powiem! Nic mi nie zrobisz! - Albis tupnął nogą z dziecięcym uporem.
- Błagam cię bracie. Xanidor, jest jedynym który mnie rozumie. - Selthus załamał ręce.
Nie wiedział jak ma go przekonać. Musiał, za wszelką cenę chronić swoją tajemnicę.
- Teraz już znasz jego imię!? To potwór! Zje cię, jak nikt nie będzie patrzył! - powiedział Albis, nagle wybuchając płaczem. - Nie chodź do niego. Nie powiem nikomu, tylko obiecaj że już tam nie pójdziesz. On jest zły, bardzo zły... - szlochał dalej.
Selthus podszedł do niego i zamknął w swych ramionach.
- Już dobrze, nie płacz. Nie płacz... - powtarzał to tak długo, aż zadziałało.
Albis ufnie podniósł głowę i spojrzał mu prosto w oczy.
- Obiecaj. Obiecaj mi to.
Slethus zagryzł wargę.
- Obiecuję.
Miała to być jedna z wielu przysiąg które w życiu złamie. Z czystą premedytacją. Jeszcze tej samej nocy poszedł do lochów. Ku swemu przerażeniu odkrył jednak, że czarownik ma gościa. Chłopiec ukryty w ciemnym kącie podsłuchiwał. Rozpoznał głos swego ojca, drugim był czarownik. Nikogo więcej nie usłyszał.
- Nie uwolnię cię. Czegokolwiek mi nie obiecasz. Nie uzyskasz wolności. - powiedział twardym głosem lord tego zamku.
Xanidor był jak zwykle spokojny. Swym tajemniczym szeptem, przemawiał pewnie.
- A jeśli oddam ci żonę?
Zapanowała cisza, w trakcie której Selthus wstrzymywał oddech, aby nie uronić choć słowa. Jego matka umarła dawno temu. Nie pamiętał jej już, nieuchronnie zacierała się w jego pamięci. Ale skąd wiedział o tym Xanidor? Przecież mu tego nie powiedział, nie śmiałby.
- Moja żona umarła.
Ojciec ruszył szybko do wyjścia.
- Jutro zostaniesz stracony. Powinienem to uczynić dawno temu.
- Mogę ci ją zwrócić. Ona odeszła, ale jest jeden sposób aby to zmienić. - szeptał dalej.
Lord zatrzymał się na moment.
- Nie możesz, nikt tego nie potrafi.
- Ja nie jestem nikim. - zaśmiał się cicho czarownik.
Jego łańcuchy zadzwoniły paskudnie. Lord zwlekał jeszcze przez chwilę.
- Chciałbym... tak chciałbym ci wierzyć. Ale wiem kim jesteś. Bestią, potworem! Nie będę taki jak ty.
- Nie musisz. Wystarczy że ja będę potworem, a ty Lordem. Oddam ci żonę, a ty mi wolność.
Ponowna dłuższa cisza spowodowała, że Selthus poruszył się niespokojnie.
- Tylko tyle? Będziesz dalej grabił i zabijał. - powiedział Lord, zaś po odgłosie kroków chłopak poznał że zawrócił do celi.
- Jest wiele innych ziemi i państw w których mogę osiąść. Gdy skończę, rozstaniemy się i zapomnimy.
- Czego ci potrzeba? - padła odpowiedź, zaś Selthus z trudem powstrzymał okrzyk zachwytu.
Nie dość że wróci do nich matka, to jeszcze Xanidor będzie mógł normalnie z nim rozmawiać. A może nawet, kiedy już skończy, zabierze go ze sobą jako swojego ucznia? Radość go wprost rozpierała, był tak szczęśliwy, że nawet nie słyszał odpowiedzi czarownika.
- Twojego syna...

wtorek, 22 kwietnia 2014

Człowiek bez duszy cz. 2

Sen momentalnie się rozwiał, pozostawiając po sobie tylko nieprzyjemny posmak. Teraz widział tylko szarość i błękit, przypominający jej strój. Zaraz potem i to zniknęło, a on unosił się w bezmiarze ciemności. Jego krzyk był przez nią wchłaniany, łapczywie i całkowicie.
Selthus jęknął, przewracając się na swoim łóżku. Sen zaś ponownie się zmienił. Przeskoczył czas o kilka miesięcy.
Chłopak stał na obramowaniu murów. Spoglądał ze spokojem na długą kolumnę zbrojnych jego ojca. Ich sztandar z sową powiewał na wietrze. Wygrali, jak zawsze. Za nimi, na drewnianym wozie, przywiązany do belek grubymi linami, jechał ich wróg. A przynajmniej to, co niegdyś było dumnym czarownikiem, usilnie starającym się zniszczyć jego ród. Miał spuszczoną głowę, długie, skołtunione, siwe włosy, zasłaniały jego twarz. Całe ciało pokrywała mu warstwa błota i zaschniętej krwi. Był nagi, co miało go dodatkowo poniżyć. Jego potęga zniknęła wraz z siłami do rzucania zaklęć. Selthus jeszcze przez chwilę stał w tym samym miejscu, nawet po przejeździe całej kompanii. Będzie musiał zaraz stawić się na uroczystym powitaniu swego ojca. Ale nie tego obawiał się najbardziej. Dopiero potem, znając Elvera, zacznie się zabawa. Chłopak westchnął i ruszył przed siebie, zwinnie zeskakując z drabiny. Mijani go żołnierze rzucali mu zaciekawione spojrzenia. Większość wiedziała kim jest. Tym bardziej ciekawiło ich dlaczego jeszcze nie jest tam, gdzie powinien, u boku ojca. Chwilę zajęło mu dojście do głównej sali w której zebrali się najważniejsi członkowie jego rodu i armii. Panował tu straszny hałas. Wszyscy rozmawiali z ożywieniem, pili i krzyczeli. Wielu siedziało za zastawionymi jadłem, drewnianymi stołami. Jego ojciec, prezentujący się świetnie w nowej, srebrzystej zbroi, siedział na podwyższeniu. Po prawej stronie miał zaufanego generała Norbana, wielkiego i niesamowicie grubego mężczyznę. Miał on na sobie dopasowany skórzany kubrak, barwiony na zielono, obszyty na brzegach futrem jakiegoś egzotycznego zwierzęcia. Za pasem trzymał niewielki miecz, ale każdy wiedział że nie potrafi nim władać. Był za to biegły w czymś zupełnie innym. "Świetny strateg ma ludzi do wykonywania jego planów", mawiał.
Po lewej stronie ojca siedział inny mężczyzna, którego Selthus nie znał. Nie dbał o to kim są pozostali, nie obchodzili go zupełnie. Chciał tylko mieć to za sobą. Z westchnieniem, zajął swoje miejsce, znacznie dalej od ojca niż powinien. Z obrzydzeniem spoglądał na podawane dania. Ostatnio tracił coraz bardziej apetyt, a na widok mięsa robiło mu się niedobrze. Poszukał wzrokiem Albisa, ale nie znalazł go. Choć podejrzewał, że to przez ogólny chaos i tłum. Ostatnio coraz rzadziej ze sobą przebywali. Malec wolał spędzać czas z Nani, słuchając jej nudnych wywodów o zastosowaniu ziół i innych dziwnych rzeczy.
- Nie cieszysz się? Wygraliśmy. A ty wyglądasz jakby ktoś zabił ci brata. - zaśmiał się gardłowo siedzący obok niego mężczyzna.
Selthus zmrużył niebezpiecznie oczy, przyglądając mu się uważnie. Nie pamiętał go... powinien, ale nie mógł go sobie przypomnieć.
- Prze... - ugryzł się w język, przypominając sobie bolesną lekcję Elvara.
Celadorzy nie przepraszają.
- Nie znam cię Panie. Z kim mam przyjemność? - zapytał, siląc się na miły ton.
Nieznajomy uśmiechnął się do niego. W oczach Selthusa nie był zbyt urodziwy... Miał wielką łysinę na samym środku głowy. Przez zaczerwienioną twarz przechodziła mu głęboka blizna. Jego wodniste, szare oczy i dziwny, wredny uśmieszek doprowadzały go powoli do szału. Ręce zaś tak wielkie, że mógł jedną z nich złamać mu spokojnie kark. Po jego stroju chłopak wywnioskował że był jednym z generałów, teoretycznie, gdyż nigdy nie uważał gdy uczono go oznaczeń.
- Jestem Gyrello, to ja pojmałem tego parszywego czarownika. - splunął z obrzydzeniem w bok. - I zobacz gdzie teraz siedzę.
Popatrzył w stronę generała Norbana z błyskiem zazdrości.
- Ten grubas nawet nie ruszył tyłka z namiotu, ale to jego wywyższą! Nie mnie, nie moich ludzi, którzy walczyli z odrażającymi tworami tego degenerata. - pociągnął łyk mocnego piwa i skrzywił się na jego smak.
- Na pewno zostaniecie odpowiednio nagrodzeni. - odparł szybko Slethus, grzebiąc w swoim talerzu.
Mięso zdawało mu się niedosmażone, owoce zgniłe a napitek wodnisty.
- Ta... tylko dziecko może być tak naiwne. - pokręcił głową i z hukiem postawił swój kufel na stole, wylewając na blat pienistą zawartość.
Selthus przełknął przekleństwo które cisnęło mu się na usta. Chciał się czegoś dowiedzieć, a do tego musiał być miły.
- Co się teraz stanie z czarownikiem? - zapytał udając brak zainteresowania.
Wojownik wzruszył ramionami, a jego naramienniki zabrzęczały metalicznie.
- Nie wiem. Mam nadzieję że go usmażą. - ponownie zarechotał. - Lepiej niech się pospieszą. Ten pomiot demonów jest diabelnie silny i szybki. Zupełnie jakby nie był człowiekiem. Wiesz ilu z moich ludzi przeżyło starcie z nim? - zrobił stosowną pauzę, a gdy chłopiec nie odpowiedział, odparł. - Trzech. Trzech z dwudziestu! - ponownie wypił spory łyk. - Niech go ogień pochłonie.
Selthus oparł się z jękiem o oparcie krzesła. Zabiją go... usmażą na wolnym ogniu, albo zrobią coś znacznie gorszego. A on tak chciał z nim porozmawiać. Zobaczyć czy naprawdę jest taki groźny. Nie wiedział dlaczego, ale od pierwszego spojrzenia zapałał chorobliwą fascynacją. Wiedział, że nie zazna spokoju dopóki choć na niego nie spojrzy. Ale od tego dzieliło go wiele, a czasu miał coraz mniej. Nim ktokolwiek się zorientował, wymknął się z uczty i pognał w kierunku wschodniego skrzydła. Uprzednio zabrał ze sobą mocne wino, przynajmniej tak sądził, choć jak dla niego wszystkie były paskudne i niesmaczne. Miał zamiar jakimś sposobem upić żołnierzy pilnujących czarownika, aby móc choć mu się przyjrzeć. Podejrzewał, że będzie on zbyt słaby aby z nim porozmawiać. Nawet nie wiedział jak bardzo był wówczas naiwny...

Człowiek bez duszy cz.1

Blade światło księżyca odbijało się refleksami od czerwonych dachówek niezwykłego domu w pogrążonym w mroku lesie. W tej jego części, znacznie szybciej zapadała noc. Wysokie drzewa niemal zupełnie odcinały dostęp do pogodnego nieba, tworząc nad ziemią ciasne sklepienia z liści. Jego dom stał w najmniej uczęszczanej części, z dala od dróg i traktów. Zapewniło mu to dzięki temu choć to minimum spokoju i odosobnienia którego tak pragnął. Miał nadzieję że go nie znajdą...
Budynek nie był wysoki, ot dwa piętra. Z pozoru zwykły domek, tylko kształt dachu odbiegał od stereotypów. Na samym jego środku umieszczono dziwny obiekt. Kilka połączonych ze sobą okręgów z metalu. Dach w tym miejscu był do nich dopasowany, tworząc idealne półkole. W żadnym z kryształowych okienek nie migotało światło, nadając mu opuszczony wygląd. We wnętrzu panowała cisza i spokój. Żaden dźwięk nie mącił tej harmonii. Do czasu aż została przerwana przeciągłym jękiem dobiegającym z pokoju na piętrze. W wygodnym, drewnianym łóżku spał białowłosy mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał na 23 lata. Miał chorobliwie bladą cerę i liczne blizny przecinające jego ciało w różnych miejscach. Ponownie jęknął i przewrócił się na bok. Usta zacisnął w jedną, prostą kreskę. Śnił... Śnił o minionym czasie. To czego nie mógł już zmienić bolało go najbardziej. Niestety ten koszmar ponownie zawładnął jego zmęczonym umysłem.
We śnie cofnął się znacznie, niemal do samych początków swego życia. Miał wtedy zaledwie 13 lat, jego brat zaś 7. Tego z pozoru pięknego popołudnia, ćwiczył na dziedzińcu strzelanie do celu, co nigdy nie szło mu zbyt dobrze. Zamek - siedziba jego ojca, należał do jednych z piękniejszych jakie kiedykolwiek widział. Wzbudzało to wiele zawiści i wrogości w najbliższych sąsiadach. Lord miał jednak tak wielkie poparcie i liczne siły, że niczego nie musiał się obawiać. Przynajmniej tak sądził...
- Źle to robisz Selthusie! Ile razy mam ci tłumaczyć? - powiedział rosły mężczyzna imieniem Elvero.
Był najbardziej zaufanym człowiekiem jego ojca. Miał około 46 lat, ciemne włosy przyprószone siwizną, związane ciasno z tyłu. Niemal czarne oczy, ukryte pod gęstymi brwiami. Właśnie przez nie chłopcy nadali mu przezwisko Sowa. Nikt jednak nie był na tyle głupi aby mu je powiedzieć w twarz. Elvero nosił dopasowaną, skórzaną zbroję, za pasem zaś miał nieodzowny miecz, o imieniu Siewca Smutku. Dostał go od ojca, a on od swojego ojca. Miał zamiar kiedyś przekazać go któremuś ze swoich synów, jeśli będzie tego godzien. W co niestety zaczynał coraz bardziej wątpić. Od mieczy i wojaczek, woleli kobiety i puste przechwałki.
Elvero szybkim krokiem podszedł do Selthusa i zaczął korygować jego postawę.
- Nogi szerzej, sztywniej! Nie jesteś giętką dziewoją. Tak, tak lepiej. Patrz gdzie strzelasz! - wrzeszczał kręcąc z niesmakiem głową, gdy chłopak ponownie chybił.
- Przepraszam... staram się ale to nie wychodzi. - powiedział, spuszczając głowę.
- Co to ma być?! Od kiedy członek rodu Celadorów za cokolwiek przeprasza?! - mocno uderzył go w twarz.
Elvero słynął z ciężkiej ręki i absolutnej nietolerancji dla słabości i niewykonywania jego rozkazów. Selthus przygryzł krwawiącą wargę. Odgarnął wchodzące mu do oczu czarne włosy. Jak na swoje 13 lat był wysoki, chudy i niesamowicie blady. Miał piękne, ciemnobrązowe oczy które błyszczały własnym ogniem.
- Prze... - przełknął słowa nim je skończył, dla własnego dobra, gdyż ręka ponownie niebezpiecznie zawisła nad nim.
- Jeszcze raz. Naciągnij. Pewniej! A teraz przy wydechu puść strzałę. - instruował go dalej.
Chłopak mimo swych starań, po prostu tego nie potrafił. Ręce mu drżały za każdym razem gdy brał łuk. Z mieczem radził sobie jeszcze gorzej. Co często kończyło się dla niego licznymi siniakami. Ponownie chybił i już oczekiwał kolejnego ciosu, który jednak nie nadchodził. Zerknął z przestrachem na Elvera. Mężczyzna odszedł na kilka kroków i z kimś rozmawiał. Po chwili wrócił z ociąganiem. Przybrał surowy wyraz twarzy. Jak zawsze gdy zwracał się do niego.
- Na dziś wystarczy. Ale masz ćwiczyć sam! Zupełnie nie robisz postępów! Twój ojciec będzie bardo zawiedziony. - powiedział, idąc w stronę zabudowań.
Selthus przełknął głośno ślinę. Tylko nie to... ojciec nie mógł się na niego złościć. Wszyscy tylko nie on. Podbiegł do Elvera mimo rosnących w nim obaw.
- Ale... - zaczął zastanawiając się jak to powiedzieć, aby nie mówić słowa "przepraszam", albo "proszę".
- Czego znowu chcesz?! Kazałem ci ćwiczyć! Czy teraz jesteś również głuchy? - zapytał przystając.
Chłopak wyprostował się dumnie. Musiał zebrać się na odwagę aby to w końcu powiedzieć... musiał.
- Nie powiesz nic mojemu ojcu. - powiedział, z trudem panując nad drżeniem głosu.
Na twarz mężczyzny wyszedł złośliwy uśmiech.
- A to niby dlaczego? Bo jakiś szczeniak mi każe? - zadrwił, coraz lepiej się bawiąc.
Selthus zamknął oczy, wziął głęboki oddech.
- Nie. Bo ja ci każę i jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie szczeniakiem to... już nigdy niczego nie powiesz. - powiedział, lekko nieudolnie.
Był z siebie dumny. Na jego bladą twarz wyszedł rumieniec gniewu i ekscytacji. Tymczasem Elvero stał przez chwilę, wyraźnie zaskoczony. Zaraz potem mocno uderzył go w twarz. Gdy chłopiec upadł w błoto zalegające na dziedzińcu, ten zaśmiał się głośno.
- Dobrze. Bardzo dobrze. Tylko jeśli komuś grozisz, najpierw bądź pewny spełnić to co mówisz. Inaczej to ja wygram. - poszedł dalej, nie odwracając się już za siebie.
Chłopiec stłumił szloch. Nie chciał dać temu despocie satysfakcji. Chwiejnie wstał, otrzepał się z błota i ruszył powoli w kierunku twierdzy. Gamach ten był olbrzymi, szczególnie w oczach dziecka. Otoczony wysokim murem, co kilkadziesiąt metrów wznosiła się z niego strzelista wieża. W środku był rozległy dziedziniec, a dalej dobrze obwarowana twierdza służąca za siedzibę ich rodu. Na samej górze łopotał czarny sztandar z czerwoną sową. Symbolem Celadorów. Chłopiec westchnął i wszedł do środka, kierując się do swoich komnat. Miał nadzieję, że nie spotka tam brata. Nie chciał aby oglądał go w tym stanie. Nie przeszedł jednak dziesięciu kroków, a zza kolumny wybiegł niski i chudy chłopiec. Jego brat miał wątłą postawę, blond włosy, nadal nie przycięte, w bezładzie zdobiły jego małą głowę. Wielkie oczy koloru pięknego błękitu wpatrywały się w otaczające go cuda. Albis był marzycielem. Za nic miał sztuki walki i bronie. Po prostu brzydził się nimi. Za to świetnie rozumiał istotę roślin i wszystko co wiązało się z uzdrawianiem. Wielu podziwiało go za to, mimo tak młodego wieku. Nawet niektórzy zajęli się przekonywaniem jego ojca, aby oddał go do odpowiedniej szkoły medycznej. Ten jednak, póki co pozostawał niewzruszony. Albis uśmiechnął się do brata, ale zaraz spochmurniał widząc jego minę.
- Znowu Elvero? - zapytał biorąc go za rękę.
Selthus nie odpowiedział, tylko bez słowa poszedł z nim do ich komnat.
- Mogło być gorzej. Był dla mnie wyjątkowo... miły. - powiedział Selthus, siadając na krześle.
Albis jednak już go nie słuchał. Podbiegł podekscytowany do okna, aby mu pokazać roślinę którą "uratował" od uschnięcia. Kolejną... Niedługo nie będzie miał gdzie ich wszystkich stawiać.
- Zobacz jaka ładna. Nani powiedziała, że jest lecznicza. - chwalił się maluch.
Selthus wywrócił oczami, mając go już dość.
- Nani to Nani tamto... Wciąż tylko o niej mówisz! - zdenerwował się i usiadł na łóżku oglądając w krzywym, miedzianym talerzu swoją twarz.
Będzie miał paskudne ślady. Opuchlizna zaczynała dopiero rosnąć a krwawa szrama na ustach nie wyglądała zbyt obiecująco. Albis jednak ponownie go nie słyszał. Wciąż tylko chwalił się jak to znowu zadziwił swoją opiekunkę. Nani była medyczką, zatrudnioną w zamku. Zawsze pomagała wszystkim potrzebującym. No... prawie wszystkim. Selthusa naturalnie nie cierpiała, ze wzajemnością. Chłopak bowiem uważał ją za oszustkę, złodziejkę, puszczalską i za wszystko inne, na co mógł wpaść jego młody umysł. A przede wszystkim nienawidził jej za zabieranie mu brata. Odkąd wkroczyła w ich życie, Albis dostał istnej obsesji na punkcie uzdrawiania i ziół. Mieszała mu w głowie, wciąż powtarzając o niezwykłej mocy drzemiącej w jego wnętrzu. Selthus miał jej serdecznie dość i poprzysiągł sobie, że kiedyś się jej pozbędzie. Bez względu na koszty. Gdy tak rozmyślał, nie zauważył że drzwi komnaty z głośnym skrzypieniem stanęły otworem. W przejściu stała Nani. Długowłosa, blond piękność o szmaragdowych oczach. Wielu już straciło dla niej głowę, a ona to zręcznie wykorzystywała. Posłała im słodki uśmiech, który natychmiast się zważył gdy napotkała spojrzenie Selthusa.
- Albis, kochanie, chodź na lekcje. - powiedziała słodko, biorąc chłopca za rękę.
Selthus wstał szybko i zagrodził im drogę.
- Poczekaj. Mieliśmy dziś jeździć konno. - przypomniał mu, starając się nie patrzeć na kobietę.
- Ale to jest ważniejsze. - stwierdził z ociąganiem Albis, idąc ufnie za kobietą.
Jej długa, szarobłękitna suknia z cichym szelestem zamiatała drewnianą podłogę. Nim zdołał cokolwiek powiedzieć, zniknęli za rogiem. Został sam... jak zawsze.
© Agata | WioskaSzablonów
Resurgere and Grinmir-stock