Blade światło księżyca odbijało się refleksami od czerwonych dachówek niezwykłego domu w pogrążonym w mroku lesie. W tej jego części, znacznie szybciej zapadała noc. Wysokie drzewa niemal zupełnie odcinały dostęp do pogodnego nieba, tworząc nad ziemią ciasne sklepienia z liści. Jego dom stał w najmniej uczęszczanej części, z dala od dróg i traktów. Zapewniło mu to dzięki temu choć to minimum spokoju i odosobnienia którego tak pragnął. Miał nadzieję że go nie znajdą...
Budynek nie był wysoki, ot dwa piętra. Z pozoru zwykły domek, tylko kształt dachu odbiegał od stereotypów. Na samym jego środku umieszczono dziwny obiekt. Kilka połączonych ze sobą okręgów z metalu. Dach w tym miejscu był do nich dopasowany, tworząc idealne półkole. W żadnym z kryształowych okienek nie migotało światło, nadając mu opuszczony wygląd. We wnętrzu panowała cisza i spokój. Żaden dźwięk nie mącił tej harmonii. Do czasu aż została przerwana przeciągłym jękiem dobiegającym z pokoju na piętrze. W wygodnym, drewnianym łóżku spał białowłosy mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał na 23 lata. Miał chorobliwie bladą cerę i liczne blizny przecinające jego ciało w różnych miejscach. Ponownie jęknął i przewrócił się na bok. Usta zacisnął w jedną, prostą kreskę. Śnił... Śnił o minionym czasie. To czego nie mógł już zmienić bolało go najbardziej. Niestety ten koszmar ponownie zawładnął jego zmęczonym umysłem.
We śnie cofnął się znacznie, niemal do samych początków swego życia. Miał wtedy zaledwie 13 lat, jego brat zaś 7. Tego z pozoru pięknego popołudnia, ćwiczył na dziedzińcu strzelanie do celu, co nigdy nie szło mu zbyt dobrze. Zamek - siedziba jego ojca, należał do jednych z piękniejszych jakie kiedykolwiek widział. Wzbudzało to wiele zawiści i wrogości w najbliższych sąsiadach. Lord miał jednak tak wielkie poparcie i liczne siły, że niczego nie musiał się obawiać. Przynajmniej tak sądził...
- Źle to robisz Selthusie! Ile razy mam ci tłumaczyć? - powiedział rosły mężczyzna imieniem Elvero.
Był najbardziej zaufanym człowiekiem jego ojca. Miał około 46 lat, ciemne włosy przyprószone siwizną, związane ciasno z tyłu. Niemal czarne oczy, ukryte pod gęstymi brwiami. Właśnie przez nie chłopcy nadali mu przezwisko Sowa. Nikt jednak nie był na tyle głupi aby mu je powiedzieć w twarz. Elvero nosił dopasowaną, skórzaną zbroję, za pasem zaś miał nieodzowny miecz, o imieniu Siewca Smutku. Dostał go od ojca, a on od swojego ojca. Miał zamiar kiedyś przekazać go któremuś ze swoich synów, jeśli będzie tego godzien. W co niestety zaczynał coraz bardziej wątpić. Od mieczy i wojaczek, woleli kobiety i puste przechwałki.
Elvero szybkim krokiem podszedł do Selthusa i zaczął korygować jego postawę.
- Nogi szerzej, sztywniej! Nie jesteś giętką dziewoją. Tak, tak lepiej. Patrz gdzie strzelasz! - wrzeszczał kręcąc z niesmakiem głową, gdy chłopak ponownie chybił.
- Przepraszam... staram się ale to nie wychodzi. - powiedział, spuszczając głowę.
- Co to ma być?! Od kiedy członek rodu Celadorów za cokolwiek przeprasza?! - mocno uderzył go w twarz.
Elvero słynął z ciężkiej ręki i absolutnej nietolerancji dla słabości i niewykonywania jego rozkazów. Selthus przygryzł krwawiącą wargę. Odgarnął wchodzące mu do oczu czarne włosy. Jak na swoje 13 lat był wysoki, chudy i niesamowicie blady. Miał piękne, ciemnobrązowe oczy które błyszczały własnym ogniem.
- Prze... - przełknął słowa nim je skończył, dla własnego dobra, gdyż ręka ponownie niebezpiecznie zawisła nad nim.
- Jeszcze raz. Naciągnij. Pewniej! A teraz przy wydechu puść strzałę. - instruował go dalej.
Chłopak mimo swych starań, po prostu tego nie potrafił. Ręce mu drżały za każdym razem gdy brał łuk. Z mieczem radził sobie jeszcze gorzej. Co często kończyło się dla niego licznymi siniakami. Ponownie chybił i już oczekiwał kolejnego ciosu, który jednak nie nadchodził. Zerknął z przestrachem na Elvera. Mężczyzna odszedł na kilka kroków i z kimś rozmawiał. Po chwili wrócił z ociąganiem. Przybrał surowy wyraz twarzy. Jak zawsze gdy zwracał się do niego.
- Na dziś wystarczy. Ale masz ćwiczyć sam! Zupełnie nie robisz postępów! Twój ojciec będzie bardo zawiedziony. - powiedział, idąc w stronę zabudowań.
Selthus przełknął głośno ślinę. Tylko nie to... ojciec nie mógł się na niego złościć. Wszyscy tylko nie on. Podbiegł do Elvera mimo rosnących w nim obaw.
- Ale... - zaczął zastanawiając się jak to powiedzieć, aby nie mówić słowa "przepraszam", albo "proszę".
- Czego znowu chcesz?! Kazałem ci ćwiczyć! Czy teraz jesteś również głuchy? - zapytał przystając.
Chłopak wyprostował się dumnie. Musiał zebrać się na odwagę aby to w końcu powiedzieć... musiał.
- Nie powiesz nic mojemu ojcu. - powiedział, z trudem panując nad drżeniem głosu.
Na twarz mężczyzny wyszedł złośliwy uśmiech.
- A to niby dlaczego? Bo jakiś szczeniak mi każe? - zadrwił, coraz lepiej się bawiąc.
Selthus zamknął oczy, wziął głęboki oddech.
- Nie. Bo ja ci każę i jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie szczeniakiem to... już nigdy niczego nie powiesz. - powiedział, lekko nieudolnie.
Był z siebie dumny. Na jego bladą twarz wyszedł rumieniec gniewu i ekscytacji. Tymczasem Elvero stał przez chwilę, wyraźnie zaskoczony. Zaraz potem mocno uderzył go w twarz. Gdy chłopiec upadł w błoto zalegające na dziedzińcu, ten zaśmiał się głośno.
- Dobrze. Bardzo dobrze. Tylko jeśli komuś grozisz, najpierw bądź pewny spełnić to co mówisz. Inaczej to ja wygram. - poszedł dalej, nie odwracając się już za siebie.
Chłopiec stłumił szloch. Nie chciał dać temu despocie satysfakcji. Chwiejnie wstał, otrzepał się z błota i ruszył powoli w kierunku twierdzy. Gamach ten był olbrzymi, szczególnie w oczach dziecka. Otoczony wysokim murem, co kilkadziesiąt metrów wznosiła się z niego strzelista wieża. W środku był rozległy dziedziniec, a dalej dobrze obwarowana twierdza służąca za siedzibę ich rodu. Na samej górze łopotał czarny sztandar z czerwoną sową. Symbolem Celadorów. Chłopiec westchnął i wszedł do środka, kierując się do swoich komnat. Miał nadzieję, że nie spotka tam brata. Nie chciał aby oglądał go w tym stanie. Nie przeszedł jednak dziesięciu kroków, a zza kolumny wybiegł niski i chudy chłopiec. Jego brat miał wątłą postawę, blond włosy, nadal nie przycięte, w bezładzie zdobiły jego małą głowę. Wielkie oczy koloru pięknego błękitu wpatrywały się w otaczające go cuda. Albis był marzycielem. Za nic miał sztuki walki i bronie. Po prostu brzydził się nimi. Za to świetnie rozumiał istotę roślin i wszystko co wiązało się z uzdrawianiem. Wielu podziwiało go za to, mimo tak młodego wieku. Nawet niektórzy zajęli się przekonywaniem jego ojca, aby oddał go do odpowiedniej szkoły medycznej. Ten jednak, póki co pozostawał niewzruszony. Albis uśmiechnął się do brata, ale zaraz spochmurniał widząc jego minę.
- Znowu Elvero? - zapytał biorąc go za rękę.
Selthus nie odpowiedział, tylko bez słowa poszedł z nim do ich komnat.
- Mogło być gorzej. Był dla mnie wyjątkowo... miły. - powiedział Selthus, siadając na krześle.
Albis jednak już go nie słuchał. Podbiegł podekscytowany do okna, aby mu pokazać roślinę którą "uratował" od uschnięcia. Kolejną... Niedługo nie będzie miał gdzie ich wszystkich stawiać.
- Zobacz jaka ładna. Nani powiedziała, że jest lecznicza. - chwalił się maluch.
Selthus wywrócił oczami, mając go już dość.
- Nani to Nani tamto... Wciąż tylko o niej mówisz! - zdenerwował się i usiadł na łóżku oglądając w krzywym, miedzianym talerzu swoją twarz.
Będzie miał paskudne ślady. Opuchlizna zaczynała dopiero rosnąć a krwawa szrama na ustach nie wyglądała zbyt obiecująco. Albis jednak ponownie go nie słyszał. Wciąż tylko chwalił się jak to znowu zadziwił swoją opiekunkę. Nani była medyczką, zatrudnioną w zamku. Zawsze pomagała wszystkim potrzebującym. No... prawie wszystkim. Selthusa naturalnie nie cierpiała, ze wzajemnością. Chłopak bowiem uważał ją za oszustkę, złodziejkę, puszczalską i za wszystko inne, na co mógł wpaść jego młody umysł. A przede wszystkim nienawidził jej za zabieranie mu brata. Odkąd wkroczyła w ich życie, Albis dostał istnej obsesji na punkcie uzdrawiania i ziół. Mieszała mu w głowie, wciąż powtarzając o niezwykłej mocy drzemiącej w jego wnętrzu. Selthus miał jej serdecznie dość i poprzysiągł sobie, że kiedyś się jej pozbędzie. Bez względu na koszty. Gdy tak rozmyślał, nie zauważył że drzwi komnaty z głośnym skrzypieniem stanęły otworem. W przejściu stała Nani. Długowłosa, blond piękność o szmaragdowych oczach. Wielu już straciło dla niej głowę, a ona to zręcznie wykorzystywała. Posłała im słodki uśmiech, który natychmiast się zważył gdy napotkała spojrzenie Selthusa.
- Albis, kochanie, chodź na lekcje. - powiedziała słodko, biorąc chłopca za rękę.
Selthus wstał szybko i zagrodził im drogę.
- Poczekaj. Mieliśmy dziś jeździć konno. - przypomniał mu, starając się nie patrzeć na kobietę.
- Ale to jest ważniejsze. - stwierdził z ociąganiem Albis, idąc ufnie za kobietą.
Jej długa, szarobłękitna suknia z cichym szelestem zamiatała drewnianą podłogę. Nim zdołał cokolwiek powiedzieć, zniknęli za rogiem. Został sam... jak zawsze.
Resurgere and Grinmir-stock
Cudne. Nie wiem czy lubić Selthusa, czy nie xD Jest taki... inny. Pewnie z kolejnymi rozdziałami wykształcę sobie o nim opinię C: Ale bardzo mi się podoba. Nie żartuję xD
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
^^ Dzięki :D Zapewniam że potem wszystko będzie jeszcze bardziej skomplikowane xD
OdpowiedzUsuń