piątek, 23 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 15


Nekromanta był pewien, że czas powoli się kończy. Jak długo jeszcze będą zabawiali się jego losem? Westchnął, najciszej jak potrafił, a następnie na twarz wyszedł mu ten sam wredny i pewny siebie uśmiech. Nie mógł pokazać, że się boi. To oznaczałoby koniec. Szli jeszcze przez jakiś czas w nerwowym milczeniu. Selthus ponownie zrównał się z Selirionem.
- Dlaczego nie używacie koni? Szybciej byście dotarli, a resztę trasy przebyli pieszo. - elf wywrócił oczami.
- Nigdy do końca nie wiemy w jakim miejscu powierzchni wyjdziemy. Tworzymy tunele na bieżąco, ukryte wejścia do wnętrza miast, są następnie zawalamy. Nie wiedzielibyśmy gdzie zostawić konie. - zaśmiał się cicho.
Usłyszeli ostrzegawczy świst. Zwiadowcy z przodu pochodu dostrzegli wroga. Okazała się nią niewielka grupka Mrocznych elfów. Liczyli najwyżej piętnaście osób, ale wszyscy byli świetnie uzbrojeni.
- Nwari, zostajesz tutaj. Nie chcę powtórki nocy. - wyszeptał Selirion, mrużąc niebezpiecznie oczy.
Selthus chciał zaprotestować, ale jakiś elf mocno ścisnął mu ramię. Gdy tylko reszta grupy zniknęła z pola widzenia, opanowała go wściekłość. Nie dość, że jest więźniem, to jeszcze traktują go jak... jak śmiecia. Emocje w nim buzowały. Selirion zostawił do "pomocy" dwóch, młodych strażników. Siedzieli pod drzewem, spoglądając nieprzyjemnym wzrokiem. Musiał coś zrobić i to jeszcze tej nocy. W przeciwnym razie, już do końca będzie "Nwari". Nic nie znaczącym człowiekiem, który nawet nie potrafił walczyć. W ciemnych szatach wymacał niewielki woreczek z ziołami. Przygotował go wcześniej. Miał posłużyć w razie ucieczki. Rzucony, tworzył wyjątkowo paskudny odór, który po pewnym czasie paraliżował  ofiarę na kilka minut. Selthus, jak gdyby nigdy nic podszedł do nich z szerokim uśmiechem. Poruszał się ze spokojem, naturalnie. Mimo wszystko elfy spoglądały nieufnie. Widział w ich oczach wszystko co podejrzewał. Pogardę... Wciąż się uśmiechając, rzucił im pod nogi woreczek. Zanucił ciche zaklęcie które go uaktywniało. Przeciwnicy wstali, dobywając mieczy. Spod ziemi trysnęła zielona chmura. Nekromanta musiał odskoczyć, aby samemu nie stracić przytomności. Zdziwiła go siła sztuczki. Zadziałała szybciej niż oczekiwał.
- Ja to mam szczęście. Raz zaklęcia działają, a potem zupełnie nic się nie dzieje. - pokręcił zniesmaczony głową, niknąc w pobliskich zaroślach.
Prowadziły go odgłosy bitwy. Czuł przyspieszone bicie serca. Był strasznie podekscytowany, a wiedział, że to bynajmniej nie pomoże. Ostrożnie podszedł bliżej. Omal nie potknął się o ciało, które niewiele odznaczało się od podłoża. Nie znał ofiary i nie dbał o jego los. Podszedł bliżej, szykując zaklęcia. Od razu zorientował się, że coś jest nie tak. Selirion był w odwrocie. Przeciwnicy, wrogi klan, okazał się znacznie liczniejszy niż zakładano. To była pułapka. Z przerażeniem obserwował, jak przyboczni elfa padają niczym muchy pod gradem strzał. Najwyraźniej, dodatkowy oddział wrogów ukrył się w koronach pobliskich drzew. Nekromanta zastanowił się jak będzie korzystniej. Wiedział, że jeśli Selirion zginie, teoretycznie zyska wolność. O ile oczywiście zdoła uciec przed tymi drugimi, na co raczej nie liczył. Nie miał zamiaru ponownie trafiać do lochów. Zacisnął mocno zęby i rzucił pierwsze zaklęcie. Rozbłysło niesamowicie silne światło, oślepiając wszystkich wokół. Mroczne elfy nie widzą zbyt dobrze za dnia. Niewielka, jasna kula, unosiła się nad ziemią jeszcze przez jakąś chwilę. Dzięki niej Selthus mógł spokojnie zlokalizować cele. Było ich więcej niż oczekiwał. Na drzewach siedziało około dwudziestu łuczników, a na ziemi piętnastu wojowników z zakrzywionymi ostrzami.
- Niedobrze... - wyszeptał.
Nie miał już odwrotu. Uniósł wysoko dłonie, chcąc przyzwać ducha elfa którego wcześniej zniewolił. Ku zaskoczeniu odpowiedział natychmiast. Selthus już się obawiał, że mroczne elfy są silniejsze od ludzi, znacznie trudniej będzie nad nimi zapanować. Cóż, najwyraźniej je przecenił.
Istota sunęła cicho kilka centymetrów od ziemi. Po przejściu trawa miała czarny kolor, jakby po spaleniu. Nekromanta z zainteresowaniem obserwował tą odmienność od Elvera. Zgromadzeni na polanie zaprzestali walki. Wpatrywali się z zaskoczeniem w widmo. Selthus wykonał lekki ruch dłonią, nakazując zmorze spełnić polecenie. Stwór wydał przeciągły świst, po czym zniknął z oczu, zagłębiając się w ziemi. Zapanowała niesamowita cisza przerywana jedynie przyspieszonymi oddechami elfów. Gdy nic się nie stało, z zaskoczeniem popatrzeli po sobie, po czym rzucili się na Selthusa. Ten jednak stał z niesamowitym spokojem w miejscu. Zastanawiał się kiedy w końcu się ruszą. Gdy byli zaledwie kilka metrów od niego, ziemia zadrżała pod stopami, a na twarz nekromanty wyszedł paskudny uśmiech. Spomiędzy traw wystrzeliły zgniłe pnącza, które szczelnie oplotły się wokół ofiar. Miały paskudny kolor i świeciły lekko na zielono. Mimo, że uwięzieni ścinali je, nadal odrastały w jeszcze większej liczbie. W końcu, tak dokładnie oplotły elfów, że przypominali jedynie jedną, skłębioną masę zieleni. Trzask łamanych kości mieszał się z krzykami. Jednak to cisza, która zapanowała po tym, była znacznie bardziej przerażająca. Selthus odwrócił się szybko w stronę ukrytych wśród drzew łuczników. Z zadowoleniem stwierdził, że większość do tej pory uciekła. Reszta zaczęła jednak uparcie strzelać. Nim zdążył się schować, dwie go przeszyły. Osunął się ukryty za pniem drzewa. Poszukał wzrokiem Seliriona. Elf prowadził grupę w kierunku wroga, ale nie mieli zbyt wielu łuczników. Nie stanowili więc większego zagrożenia.
- Wszystko muszę za nich robić. - warknął chłopak, dotykając z bolesnym grymasem wystające z ramienia strzały.
Wiedział, że długo już nie wytrzyma. Tamto zaklęcie podziałało lepiej niż przypuszczał, ale nie zostało już wiele czasu. Siły malały wraz z płynącą z niego krwią. Potrząsnął głową, chcąc odgonić zamroczenie które wzmagało się z każdą chwilą. Gdzieś z tyłu usłyszał krzyki, ale nie wiedział czy to wrogowie czy... przyjaciele. Choć, tym słowem raczej by ich nie nazwał. Dusza elfa nad którym zdobył panowanie już odpłynęła. Nie miał więc nic więcej do wykorzystania. Nagle zmrużył oczy i ponownie się uśmiechnął. Gdyby ktoś go wtedy widział, zapewne uciekłby przerażony straszliwym grymasem. Z niebezpiecznym błyskiem w oku, podczołgał się do pierwszego leżącego obok ciała.  W sumie na polu bitwy poległo wielu. Dla niego, bez różnicy było po której stronie walczyli. Jak to powiedział kiedyś Xanidor.
- Trup, to trup. Jesteś stworzony do rządzenia nimi.
Selthus kiwnął głową do myśli.
- Wstańcie więc... - uniósł obolałe dłonie nad ciałem.
Umarły momentalnie otworzył oczy. Nie miały one jednak dawnej barwy. Były całkowicie czarne. Zaczął nagle dygotać i wydawać straszliwe odgłosy, nie podobne do ludzkich. Selthus odskoczył przestraszony. Nigdy tego nie próbował, nawet o tym nie czytał. Nie sądził aby było możliwe, ale czy miał inne wyjście? Zacisnął mocno zęby i z niesamowitym wysiłkiem wrócił. Musiał go dotknąć, co wywoływało dreszcz przerażenia. Skóra umarłego była niesamowicie zimna, choć chłopak nie sądził aby zdążył tak szybko ostygnąć.
- Rozkazuję... wstań. - wyszeptał drżącym głosem.
Stwór natychmiast skierował na niego martw oczy. Nie poruszał się, tylko patrzył. Selthus dygotał teraz bardziej od niego. Gdy z niesamowitą szybkością skoczył, zaciskając mu na szyi sztywne palce, nie zdążył nawet krzyknąć. Walczył teraz o życie. Spleceni ze sobą przeturlali się na bok. Nekromanta nagle zdał sobie sprawę, że przecież wciąż nie ma broni. Musiał polegać tylko na sobie i umiejętnościach, ale czy potrafił? Nadal nie miał do nich zaufania. Raz działały, potem nie... jak ruletka. Z wysiłkiem odsunął ręce stwora i kopnął go w brzuch, odpychając nieco. Nie było jednak czasu na oddech. Istota szybko podniosła się i ponowiła atak. Selthus ledwie zdążył usiąść. Wyciągnął przed siebie dłoń i wkładając w to całą siłę umysłu i pewność siebie, wykrzyknął.
- Stój!
Nieumarły zamarł w połowie drogi. Usta wykrzywiły paskudny grymas, odsłaniając lśniące zęby. Selthus pokazał płynnym ruchem na walczących.
- Tam są wrogowie. Zabij ich dla mnie. - powiedział, a głos mu już nie drżał.
Stwór kiwnął sztywno głową i ruszył zabijać. Chłopak zaraz po tym zobaczył czarne plamy przed oczami i osunął się na miękką ściółkę.
Sen rozwiał się nagle ukazując dalsze wypadki. Miał straszny koszmar, którego nie pamiętał. Tylko oczy, świetliste punkciki majaczyły w umyśle. Wraz z przebudzeniem wrócił ból. Rwało go ramię i bok, z których już wydobyto strzały. Obok prowizorycznego łóżka złożonego ze skór zwierząt, siedział Selirion.
- Już myśleliśmy, że się nie obudzisz. - powiedział, podając kubek z parującym płynem.
Selthus jęknął i próbował usiąść, ale natychmiast dostał zawrotów głowy. Z trudem upił niewielki łyk i wypluł szybko zawartość.
- Bogowie! Chcesz mnie otruć?!
Doszły do niego śmiechy reszty elfów.
- Gdybym chciał nie rozmawialibyśmy teraz. - pokręcił głową, zamyślony. - Ocaliłeś nam skórę w tamtym lesie. Pamiętasz, co było potem?
Miał niezbyt ciekawą minę, a Selthus natychmiast zaczął mieć obawy, że ożywieniec narobił większych kłopotów. Pokręcił głową.
- Straciłem przytomność... czy, ktoś jeszcze zginął? - nie odważył się zadać pytania którego pragnął.
- Dzięki tobie, udało się uniknąć kolejnych strat. - powiedział, z szerokim uśmiechem. - Chociaż wciąż nie wiemy co zrobić... z nimi. - odparł, krzywiąc się przy tym i wskazując na ciemny kąt jaskini.
Znajdowało się tam prowizoryczne ogrodzenie z zaostrzonych do środka pali.
- Co? - zapytał Selthus, unosząc się z jękiem wyżej, aby lepiej widzieć.
- Gdy podobno straciłeś przytomność, reszta ciał nagle wstała i rzuciła się na przeciwników. Nie mieli szans... Najgorsze jest jednak to, że nadal... no, nadal żyją. - pomasował kark nie wiedząc co uczynić dalej.
Selthus zrobił wielkie oczy.
- Powinni się rozpaść. Twierdzisz, że ich dusze nadal tkwią w ciałach?! - wykrzyknął, opadając na posłanie.
- TAK! Nie wiemy jak się ich pozbyć! - wykrzyknął Selirion.
Selthus uśmiechnął się nagle szeroko. Nie zdawał sobie sprawy z własnej siły. Oni jednak też nie. A to oznaczało, że powinni brać go teraz pod uwagę.
- Jak odpocznę to ich odeślę. - odparł zamykając oczy.
- C...co? Mamy z nimi spać w jednej jaskini?! - oburzył się elf.
- Tak. Dotąd to robiliście. Choć nie wiem po co zrobiliście głupie obramowanie. To przecież i tak nic nie pomoże. - wyobrażał sobie jego minę.
Otworzył oczy aby napawać się przerażeniem, wściekłością i bezsilnością, kolejno malującymi się na twarzy elfa.
- Miłych snów Selirionie. - odparł, zasypiając.

Człowiek bez duszy cz. 14


Szybko zaprowadził go do czekającego już z oddziałem Seliriona. Było ich trzydziestu, w tym dziesięciu łuczników. Elf uśmiechnął się do niego.
- Mam nadzieję, że jesteś gotowy?
Selthus zamrugał, zaskoczony oczami.
- Ty mówisz serio? Wychodzimy? - zapytał dla pewności.
Selirion przybrał poważny wyraz twarzy.
- Tylko tam nie będzie oczu i uszu ciemności. Kapłanki nic nie usłyszą. - wyszedł przez wielkie, kamienne wrota.
Szli przez jakiś czas w milczeniu. Selthus czuł wyjątkowe zdenerwowanie. Gdy jednak na twarzy poczuł zimny, rześki wiatr, uśmiechnął się szeroko. Czuł jakby nie oglądał nieba od niepamiętnych czasów. Zdziwił się, że wciąż jest na swoim miejscu, piękne jak nigdy przedtem. Na zewnątrz panowała noc. Było zimno i z przerażeniem stwierdził, że spędził w podziemiach mniej czasu niż przypuszczał. Spojrzał niepewnie na towarzysza.
- Ile u was gościłem?
Selirion zamyślił się. idąc spokojnie przez gęsty, mroczny las. Nie potrzebował światła aby widzieć najdrobniejsze nierówności terenu.
- Niemal dwa lata. To i tak więcej niż się spodziewałem. Masz szczęście, że nadal żyjesz. A teraz nie gadaj, tylko chodź. Jeszcze daleka droga przed nami.
Przez dłuższy czas szli w całkowitym milczeniu. W Selthusie tymczasem narastały obawy. A jeśli wyruszyli po to, aby go potem zamordować? W końcu nie było lepszej po temu okazji. Gdy rozbili pierwszy obóz w jakiejś niewielkiej jaskini, aby schronić się przed blaskiem dnia, obawy narosły do niesamowitych rozmiarów. Usiadł w kącie i spoglądał na towarzyszy z podejrzeniem. Rozpalili niewielki ogień, nad którym przypiekali mięso. Selthus westchnął przeciągle i zaczął przeglądać jedną z magicznych ksiąg. Niewiele rozumiał z bełkotu na pożółkłych stronach. Doszedł do wniosku, że albo napisał ją geniusz, albo kompletny idiota.  Oparł zmęczoną głowę o skałę. Obserwował spod przymkniętych powiek. Czuł się senny tą całonocną wędrówką. Ból nóg i wszystkich mięśni utrudniał sen. Przez cały czas uwięzienia i odpoczynek w komnatach kapłanki, odwykł od wysiłku. Poza tym przejął odmienny cykl dnia i nocy mrocznych elfów. Nim zdążył zareagować, zapadł w sen we śnie...
Zbudził go ostry głos Seliriona. Potrząsał mocno jego ramieniem.
- Wstawaj, pora wyruszać. - szeptał, zaś ciemne oczy błyszczały mu w półmroku.
Selthus jęknął i odebrał suszone mięso wraz z lodowatą wodą. Od tego też odwykł. Do tej pory miał do dyspozycji całkiem smaczne jedzenie, sprowadzane specjalnie dla kapłanek z najdalszych zakątków mrocznego świata elfów. Wstał jednak, rozcierając bolące mięśnie. Wziął przykład z elfich towarzyszy. Zachowywali się cicho i pewnie. On jednak, mimo starań był głośny i strasznie niezdarny. Gdy potknął się o garnek i narobił niesamowitego hałasu, spojrzeli wrogo.
- Co?! Nie każdy widzi tu w ciemności. - odparł wściekły.
Od tej pory nazywali go "Nwari", co  w ich języku znaczyło "Niezdarny". Kolejna noc zeszła im na męczącej wędrówce, w trakcie której starał się jeszcze bardziej nie zasłużyć na to imię. Niestety, im bardziej próbował, tym większym był pośmiewiskiem. Gdy szedł w niewielkim oddaleniu z Selirionem, ten stwierdził.
- Nie próbuj nam zaimponować. Nie jesteś jednym z nas. Bądź sobą, gdyż właśnie dlatego jeszcze żyjesz.
Selthus nie bardzo rozumiał te słowa.
- A kim w waszych oczach jestem? Nwari? Żałosnym człowiekiem, czy kolejną ofiarą Bóstwa Ciemności? - zapytał, jednocześnie intuicyjnie gładząc woreczek z runami, schowany w jednej z kieszeni płaszcza.
- Nwari nie jest obrazą. Powinieneś być wdzięczny, że zechcieli poświęcić czas aby wynaleźć ci imię. Dzięki temu nie jesteś już bezimienny. - wzruszył ramionami, a Selthusowi zrobiło się niedobrze.
Był dla nich niczym, tak jak się spodziewał. Selirion nagle przystanął na jakiś lekki dźwięk przypominający pisk gryzonia. To był sygnał, że dotarli do celu. Przykucnął i pociągnął go za sobą.
- Co się... - nie dokończył, gdyż elf ruchem ręki nakazał ciszę.
Nachylił się i szepnął mu do ucha.
- To wrogie plemię mrocznych. Jeśli ich wybijesz, zasłużysz sobie szacunek. Musisz działać szybko. Ruszaj... - popchnął go lekko w kierunku, z którego dobiegały ciche odgłosy rozmowy.
Chłopak był przerażony. Ręce mu się trzęsły, a w głowie miał tylko pustkę. Niewiele pamiętał z dawnych nauk Mistrza. Poza tym, z wyjątkiem kilku ziół które udało się uzbierać w drodze, nie miał żadnych innych materiałów. A przecież nekromancja wymagała ciał i zaklętych dusz. Zacisnął mocno zęby i wziął głęboki oddech. Wiedział już, że zaraz zginie, jeśli czegoś nie wymyśli. Zaczął nerwowo wertować zbutwiałe karty księgi, ale w tych ciemnościach nic nie widział.  Poza tym i tak nie potrafił rozczytać tego bełkotu.
- Co powtarzał Mistrz? Co zrobić w takiej sytuacji? Gdy wszystko zawiedzie? - szeptał bezgłośnie, starając się odciąć od dobiegających zewsząd odgłosów.
Ktoś trącił go z tyłu, chcąc zapewne dać znać, że ma się pospieszyć. Pogorszyło to tylko sytuację. Jak miał powiedzieć, że nic nie pamięta? Gdy otworzył oczy już znał odpowiedź. Było mu wszystko jedno, cieszył się jedynie, że nie zginie w śmierdzącym lochu, albo przywiązany do lodowatego ołtarza, niczym jagnię. Ostatni wdech i wyszedł dumnie na ścieżkę, tuż przed spory oddział wroga. Zaskoczył ich, przez krótką chwilę miał przewagę.
Uśmiechnął się paskudnie i rzucił jedyną rzeczą którą miał pod ręką... księgą. Trafiła jednego w twarz, doprowadzając tym do wściekłości resztę. Tak szybko, jak tego dnia, nigdy jeszcze nie biegł. Przez nieuwagę potknął się o wystający korzeń i zniknął z oczu, ukryty przez gęsto rosnące krzaki. Nie wiedział czy bardziej wściekły był na przeklęte elfy, Seliriona, czy samego siebie, że uciekł i jednak nie dał się zadźgać. Miałby to już za sobą. Koniec z poniżeniem, niepewnością i strachem. Tymczasem, jego odrażający towarzysze będą musieli wymyśleć nowe imię. Ciekawe, jak w ich języku mówiło się "strachliwy zając"... Z tyłu dochodziły odgłosy bitwy. Najwyraźniej faktycznie nie mieli zamiaru puścić go wolno. Po jakimś czasie zapanowała cisza, a on modlił się, sam nie wiedział do kogo, aby nie zostać odnalezionym. Bał się oddychać, czuł, że zdradzi bicie serca słuchać niczym dzwon. Gdy ktoś kopnął go mocno w bok, jęknął przerażony i odwrócił się, chcąc odeprzeć kolejne. Nie zdołał... Jeszcze teraz na wspomnienie tamtej nocy, czuł ból we wszystkich żebrach. Pobili go nim przyszedł Selirion. Właściwie jednak nie był pewny czy nie stał z boku, przyglądając się wszystkiemu. W końcu był mrocznym elfem, a po nich wszystkiego można się spodziewać. Podniesiono go brutalnie z ziemi, ale nie był w stanie ustać na nogach o własnych siłach. Spojrzał w niewyrażającą żadnych uczuć twarz Seliriona. Obejrzał go i na koniec wymierzył solidny cios w szczękę, po którym chłopak stracił przytomność. Obudził się w tej samej jaskini, w której zatrzymali się wcześniej na dzień. Miał już owinięte bandażem żebra, ale nadal oddychał z trudem. Gdy usiadł, omal nie zemdlał od niesamowitego bólu który opanował ciało. Wypluł z ust piasek, zapewne dostał się tam, gdy upadł twarzą w błoto. Reszta elfów przyglądała się nieufnie. Jedli spokojnie jakiś śmierdzący gulasz. Selirion przyniósł parującą miskę i wetknął siłą w zdrętwiałe palce.
- Jedz, gdy nadejdzie noc mam nadzieję, że nie przyniesiesz kolejnego wstydu. – powiedział, oddalając się szybko.
Selthus odprowadził go wściekłym wzrokiem i z apetytem zjadł gorące jadło. Pogładził leżącą obok księgę i zastanowił się dlaczego jeszcze żyje. Zapytałby swego elfiego towarzysza, ale nie wiedział czy otrzyma odpowiedź, czy tylko kolejny cios. Gdy zjadł, ponownie otworzył księgę i zaczął z uwagą studiować zawiłe teksty. Nadal nic nie rozumiał, ale była ona jedynym co miał, więc uznał, że skoro żyje, nie może się poddać. Zemsta stała się jego paliwem…
Noc nadeszła szybciej niż podejrzewał. Tym razem jednak miał zamiar pokazać kilka sztuczek. Udało mu się w ciągu dnia dobrać do ciała zabitego elfa, co spotkało się z otwartą krytyką reszty. Odpowiednio przygotował najważniejsze części ciała. Odciął bujne, srebrzyste włosy, wyciął serce… Przygotował nową mieszankę ziół, ale brak było kamieni szlachetnych, dlatego zastosował zamiennik, w postaci szarych, rzecznych. Miał nadzieję, że doprowadzi chociaż do tego samego efektu jak wtedy, przy pierwszym spotkaniu z Mrocznymi elfami. Śmierdzące opary nie były w sumie takie złe. Gdy wyruszali, był gotowy. Mimo strasznego bólu czuł tremę i coś na kształt dumy, mimo, że za wcześnie jeszcze na to. Tym razem zapuścili się znacznie dalej na terytorium drugiego klanu. Selirion ponownie podszedł i położył mu mocno rękę na ramieniu.
- Dobrze radzę, tym razem nic nie próbuj. Żyjesz tylko dlatego, że ich powstrzymałem. Nie łudź się jednak, że następnym razem zrobię to samo. - twarz nie wyrażała żadnych uczuć.

sobota, 10 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 13


Od tego momentu jego "status" więźnia nieco się polepszył. Najpierw odczuł to w jakości jedzenia. Dostawał czystą wodę i dwa znacznie większe posiłki dziennie, w których na dodatek nie było robaków. W pewnym momencie ponownie odwiedził go Selirion wraz z grupą strażników.
- Mam nadzieję, że nie polubiłeś zbytnio celi? - zapytał klepiąc go w ramię.
Selthus wstał z trudem, ale nie chciał pomocy. Miał jeszcze tyle godności, aby iść o własnych siłach. Nie wierzył już, że zobaczy brata żywego. Po tak długim czasie zapewne i na niego nadeszła w końcu pora. Podejrzewał, że zostanie złożony w ofierze.
- Ile to jeszcze potrwa? - zapytał ze znużeniem, ledwo włócząc nogami.
Skręcili tyle razy w jednakowych korytarzach, że stracił rachubę.
- Co potrwa? Jeśli się łudzisz, że kiedykolwiek zyskasz wolność, jesteś głupcem. - odparł elf ze spokojem.
Selthus przez chwilę nic nie mówił. Rozważał sytuację. Zmarszczył brwi, ale był zbyt znużony aby myśleć długo.
- Nigdy nie podejrzewałem, że mnie wypuścicie. Czym będę? Pieskiem na posyłki, obiektem eksperymentów? A może jednak posiłkiem waszych bestii? - zaśmiał się szyderczo.
Elf westchnął głośno, znudzony.
- Za kogo nas masz? Barbarzyńców? - otworzył wielkie wrota, zaś nekromanta krzyknął zakrywając wrażliwe na światło oczy.
Przez ułamek sekundy, mimo wszystko łudził się, że ujrzał ponownie słońce. Gdy jednak usłyszał śmiechy i rozmowy, zrozumiał pomyłkę. Wciąż mocno przyciskał pięści do oczu. Poczuł lekki nacisk dłoni Seliriona, który kierował gdzie ma iść. Po chwili usłyszał szept.
- Przykro mi, że musisz to znosić. Dostałem jednak rozkazy... - głos umilkł tak, jak zniknęła dłoń
Selthus został sam i nic nie widział. Słyszał kobiece głosy. Wprawiało go to we wściekłość. Miał ochotę wszystkie pozabijać wszystkie elfy. Nie będzie pustą zabaweczką, którą można potem wypatroszyć. Nie on...
- Zostawcie mnie! - uderzył na oślep, ale był zbyt osłabiony i runął na miękki dywan.
Zalał go śmiech, perlisty i słodki, należący do co najmniej czterech kobiet.
- Zobaczcie, jest uroczy... Może mogłybyśmy nieco poprawić? - zapytała jedna z nich, trącając go nogą w bok. - Jestem pewna, że przeżyłby więcej niż poprzedni.
- Wątpię... zobacz tylko. Jest za słaby. Zabijmy go...
- Nudzi mi się, może po prostu go wypuśćmy i niech pieski mają ucztę? - zachichotała inna.
Nagle przez śmiech przedarł się ostry dźwięk dwóch klaśnięć.
- Dość tego. Jest mój. Wynoście się wszystkie.
Kolory i dźwięki rozmyły się w jedno i zblakły... Sen ponownie nieco przeskoczył. Elfia kobieta, która okazała się kapłanką nieznanego bóstwa nocy, miała na imię Serinal. Była siostrą Seliriona, elfa który go pojmał. Poszli do osobnych, bogatych komnat gdzie roztoczyła nad nim opiekę. Po jakimś czasie wyzdrowiał na tyle, że mógł w końcu poruszać się pewniej na nogach ... i zacząć obmyślać plany ucieczki.
Najgorsze było to, że niemal bezustannie ktoś go pilnował. Wiedział, że nie miał szans w starciu z wyszkolonymi klanowymi wojownikami. Nawet nie próbował. Miał tylko jedno życie, do którego bardzo się przywiązał. Musiał działać ostrożnie.
Dano mu czarne ubranie, jak te które nosiła reszta, nie pozwolono jednak nosić broni, a na nadgarstkach zawieszono coś na kształt kajdan tyle, że bez łańcuchów, mimo to nadal doprowadzały go one do szału. Każdy kto go widział, wiedział, że należy do Serinal. Dzięki temu miał chociaż spokój. Podczas pobytu u elfów, zorientował się, że władzę sprawowały kobiety. Najwyżej w hierarchii, postawione były kapłanki, które starał się unikać jak ognia. Sypiał zwykle w dość sporym pomieszczeniu, wraz z czterema innymi ludźmi, którzy mieli ten wątpliwy zaszczyt, być gośćmi elfów. Pomieszczenie zapewniało wszystkie podstawowe wygody. Karmiono dobrze i darowano póki co tortury. Chyba, że ktoś próbował ucieczki. Odbierano to jako swoistą obrazę i poświęcano więźnia bogom. Selthus nie zdawał sobie dotąd sprawy, jak bardzo elfy są religijni. Czcili tak wiele różnych bytów, że chyba nawet sami nie wiedzieli do końca ile.
Gdy pewnego razu odpoczywał w komnacie, przyszedł Selirion. Jak zwykle uśmiechał się tajemniczo. Miał na sobie czarny pancerz, ze srebrnymi zdobieniami. Na piersi przymocowany komplet noży do rzucania. Za plecami wystawał wielki miecz. Srebrzyste włosy zapleciono z tyłu.
- I jak ci się teraz podoba nasz świat? - zapytał, siadając na miękkich poduszkach.
- Przyznam, że potraficie urządzać niegościnne, zatęchłe jaskinie. Do czego zmierzasz? - zapytał podejrzliwie.
- Mam nadzieję, że nie zmiękłeś pod skrzydłami Serinal. - wstał i pokazał gestem, aby zrobił to samo.
- Co, martwisz się o moją kondycję?
Do tej pory nie rozgryzł tego elfa. Wiedział jednak, że póki co, on jeden od samego początku odnosił się do niego ze swoistą sympatią. Był surowy i oschły, głównie przy innych, ale gdy zostawali sami, zachowywał się niemal normalnie. Tak jak teraz.
- Nie tylko o nią się obawiam. Przebywasz w zatrutej wodzie, nekromanto. Długo tego nie przeżyjesz. - wyszeptał, idąc powoli korytarzem.
Selthus spuścił głowę, zastanawiając się nad jego słowami. Nie był głupi, wiedział że musiał istnieć powód tak długiego dzierżenia władzy przez kapłanki. Poza tym Serinal, uważała go bardziej za zwierzątko, a jak wiadomo, wszystko może się znudzić.
- Dokąd idziemy? - zapytał, od niechcenia.
- Co powiesz na małą wycieczkę na powierzchnię? - elf odpowiedział pytaniem, nie patrząc na niego. - Och, nie łudź się, nie damy ci uciec. Chcę raczej sprawdzić, czy jesteś prawdziwym nekromantą.
Wkroczyli do niewielkiego pomieszczenia wypełnionego różnymi gratami. Były tam najróżniejsze stare zbroje, wiele z nich już zardzewiało. Broni, ku swemu rozczarowaniu nie znalazł. Elf przystanął przy wielkim, drewnianym stole. Zgromadzono tam spore skupisko ksiąg. W większość tak starych, że rozsypywały się w rękach. Były tam też zupełnie bezużyteczne dla Selthusa zwoje, woreczki ze starymi, wywietrzanymi ziołami i inne rupiecie, należące zapewne do czarowników i magów.
- Skąd to macie? - zapytał, biorąc łapczywie do rąk jedną z interesujących ksiąg.
Widniał na niej symbol nekromantów.
- Nie jesteś jedynym magiem którego wzięliśmy do niewoli. Póki co jednak, jako jedyny jeszcze żyjesz. - powiedział, klepiąc go po ramieniu. - Zabierz stąd cokolwiek zechcesz. A potem idź do strażnika. Zaprowadzi cię do mnie. - wyszedł, a chłopak zaczął nerwowo przerzucać wszystko.  
Tak jak podejrzewał, większość dotyczyła gałęzi magii, na których zupełnie się nie znał. Znalazł dwie o nekromancji, niestety stare i musiał uważać. Zabrał też kilka woreczków, czyszcząc najpierw ze starej zawartości. Zwoje okazały się zgniłe i niemożliwe do odczytania. Gdy jednak znalazł przypadkiem stary woreczek z runami, serce zabiło mocniej. Były zwykłymi czarnymi kamieniami z wygrawerowanymi złotymi znakami, ale mogły zostać zamieniane na broń. Schował go jak najlepiej potrafił i ze skarbami ruszył do strażnika.

piątek, 9 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 12


Gdy w końcu zdjęto kaptur, rozejrzał się czujnie. Z początku nic nie widział. Odepchnęła go fala smrodu gdy doszła do nosa. Znajdował się w jakiejś wielkiej jaskini, której koniec niknął w mroku. Wokół były kraty, wykonane z przezroczystego kryształu świecącego słabym światłem. Nie dostrzegł więcej źródeł światła. Nie siedział jednak sam. W niewielkich celach spali ludzie. Niektórzy mieli na sobie zbroje z herbami Lodów dla których niegdyś walczyli. Leżeli obok inni, w obdartych łachmanach, w najróżniejszym wieku. Było ich zbyt wielu, aby można wszystkich dostrzec.
- Gdzie jest mój brat?! - wykrzyknął, idąc w kierunku krat.
Natychmiast też oberwał tępym narzędziem i znalazł się na ziemi, przyciskając ręce do obolałej głowy.
- Stul pysk. - wychrypiał ktoś i odszedł od celi.
Sen rozmył się w jedną, czerwoną falę bólu. Selthus usiadł na łóżku, macając obolałą głowę. Czaszkę rozsadzał niesamowity ból, jakby galopowała po niej zbrojna konnica. Jęknął podejrzewając, że to skaranie pańskie. Mimowolnie przypomniał sobie tamte pełne grozy chwile. Nie pamiętał już ile dni spędził w lochu. W ciemnościach, nie mógł rozróżnić wędrówki słońca. Co gorsza, wciąż nie miał żadnych informacji o Albisie. Podejrzewał, że go zabili. Dwa razy dziennie dostawał coś, zapewne mającego być jedzeniem. Niesamowicie śmierdzącą, odrażająca papkę, i kubek brudnej wody. Najpierw nie jadł, mając nadzieję że jakoś się wydostanie. Mylił się... Kraty były odporne na wszelką magię. Przywołania nie wychodziły, a głód stawał się coraz silniejszy. Co gorsza gdy spał, musieli go przeszukać, gdyż zabrali pierścień z duszą Elvero. W końcu musiał zjeść. Przy pierwszej próbie znalazł w jedzeniu robaka i zwymiotował. Oberwał za to od strażnika po żebrach i następnym razem zjadł wszystko.
Zapadł ponownie w sen. Wspomnienia napłynęły jeszcze szybciej ukazując lochy. Zauważył, że co jakiś czas wybierają spośród więźniów dwóch, czasami trzech. Nikt jeszcze nie wrócił. Gdy już stracił wszelką nadzieję na wolność, przyszedł gość. Z początku go nie rozpoznał. Dopiero gdy się odezwał, drgnął nerwowo, odsuwając od niego jak najdalej. Mroczny elf uśmiechnął się szeroko. To był ten sam, który go pojmał.
- Widzę, że zażywasz naszej słynnej gościnności? - zadrwił, opierając się plecami o kratę.
Selthus odwzajemnił wredny uśmiech. Nie chciał dać mu satysfakcji.
- Nie narzekam. Liczyłem na coś więcej.  - odparł, zadziornie unosząc głowę.
Elf przez chwilę nie potrafił ukryć zdumienia. Widać, spodziewał się błagania o litość.
- Słyszałem, że nekromanci to twarde sztuki, ale mnie zaskoczyłeś. Jesteś młody. - kiwał przez chwilę głową, jakby do własnych myśli.
- I co z tego? Nawet ktoś taki jak ja, z łatwością cię zabije. - stwierdził nekromanta, nie spuszczając wzroku.
- No proszę. Ledwo trzymasz się na nogach a mi grozisz? - zaśmiał się głośno.
Selthus strzepnął z szaty wielkiego pająka spacerującego leniwie.  
- Nie lekceważ mnie. Mogę wydawać się słaby, ale tak nie jest. Wiesz, co dzieje się z nekromantą gdy umiera? - zrobił stosowną pauzę. - Zamienia się w Lisza. A wiesz co potrafią Lisze?
Mroczny elf już się nie uśmiechał. Wstał i bez słowa wyszedł, zostawiając nekromantę samego z mrocznymi myślami.
- Nie złamiesz mnie... - wyszeptał jeszcze w próżnię.
Nie pamiętał co działo się potem. Sen łaskawie to pominął. Pominął godziny nerwowego wyczekiwania na odrażający pokarm, próby odrzucenia myśli o śmierci brata i wiele innych katuszy, których doznawał. Rozmyły się w mglistą plamę. Gdy ponownie obraz się wyostrzył, zobaczył znanego elfa. Znowu go odwiedził. Ostatnio bywał tu coraz częściej. Z monotonnych rozmów dowiedział się, że ma na imię Selirion, jest dowódcą całego oddziału i jednym z książąt. Starał się być dla więźnia miły, ale Selthus nigdy mu nie ufał.
- Mam niespodziankę. - powiedział nagle, podając mu pakunek.
Nekromanta ostrożnie go rozwinął i tylko siłą woli powstrzymał się przed zjedzeniem wszystkiego na jego oczach. Był tam chleb, twardy ale zawsze, kawałek wędzonego mięsa i  bukłak z winem, dość wodnistym, ale dla Selthusa był to najlepszy trunek jaki pił kiedykolwiek.
- To jakiś podstęp? - zapytał z pełną buzią.
- Nie, powiedzmy że ktoś chce abyś żył. - po tych słowach ponownie wyszedł.

***
Proszę o komentowanie ^^

środa, 7 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 11


Selthus siedział przyczajony w krzakach. Powoli robiło się ciemno, a od ciągłego trzymania napiętej cięciwy łuku, ramiona bolały niesamowicie. Obok, w odległości zaledwie kilku centymetrów, unosił się duch Elvera.
- Bogowie pokarali mnie tobą... tylko za co? Nie mam pojęcia... - szeptał raz po raz.
- Cicho, bo ją spłoszysz. - szepnął chłopak, zagryzając wargę.
Naprzeciw stała piękna łania, prawdopodobna kolacja.
- I tak nie trafisz. Nie łudź się, jesteś beznadziejny. - powiedziała dusza, wykrzywiając twarz w paskudnym grymasie.
Przez jego postać można było spostrzec liście drzew za nim.
- Gdybym tylko mógł złapać łuk, pokazałbym jak to się robi... Nie tak! Proste plecy! - warknął do ucha.
- Mógłbyś się w końcu zamknąć?! Rozpraszasz mnie! - odwarknął czując mocne kłucie w ramionach.
- Teraz! Strzelaj! - wykrzyknął nagle duch, dotykając go lodowatymi palcami.
Selthus strzelił, ale oczywiście chybił. Podniósł dłoń w kierunku ducha, nakazując ciszę.
- Chociaż tego mi daruj, błagam...
- Celadorzy nie ... - przerwał mu ponownie.
- Wiem! Ale naprawdę zamilcz, bo inaczej zaklnę cię w drzewo i zostawię! - odgrażał się chłopak idąc w kierunku prowizorycznego obozu, gdzie zostawił brata.
- Nie zrobisz tego. Tylko ja ci zostałem. - odparł, dumnym głosem.
- Jest wielu umarłych. - wyszeptał Selthus, ostrożnie stawiając stopy w półmroku.
- Ale tylko jeden taki jak ja.
- O tak! I dzięki za to Bogom. - zaśmiał się chłopak.
- Nie bluźnij, czego cię uczyłem?
Gdy doszli w końcu do obozu, Selthus niósł ze sobą tylko jedną, niewielką rybę, którą jakimś cudem upolował. Albis leżał na prowizorycznym posłaniu z liści i mchu. Drżał na całym ciele, wstrząsany silnymi drgawkami. Od kilku dni nie mógł się już ruszać. Zmogła go nieznana choroba. Selthus nie miał tu nikogo, kto mógłby służyć radą w tych sprawach. Usiadł przy nim i cierpliwie zrobił kolejny zimny okład. Dziś padł ostatni koń. Miał zamiar odzyskać z ciała co tylko zdoła. Mięso było na wagę złota.
- Nie martw się jakoś z tego wyjdziemy. - powtarzał, chyba po raz setny.
Nie chciał, nawet przed sobą przyznać, że zabłądził. Nim zniknęli w mrocznych lasach, wysłał Elvera na przeszpiegi do pobliskich wiosek. Dowiedział się niepokojących pogłosek. Lord, oszalały z wściekłości, wysłał w pościg zbrojnych. Mieli ich obu przyprowadzić żywych. Kto wie jednak co planował potem zrobić. Selthus podejrzewał, że będzie chciał ich poświęcić, aby ożywić ukochaną żonę. Tylko czy to podziała? Czym będzie istota, którą stworzy mrocznym rytuałem? Potrząsnął głową, ignorując natarczywe myśli. Nagle z lewej strony dobiegł jakiś szelest. Szybko obnażył miecz, gotowy odeprzeć atak. Niemal natychmiast poznał, że jest stracony. Wokół stały elfy. Mroczne, o szarej skórze i białych włosach. Ciemne, błyszczące oczy spoglądały na niego z ciekawością. Tylko kilku dobyło zakrzywionych ostrzy.
- Za wejście na nasze tereny grozi śmierć. - powiedział jeden, z dziwnym akcentem.
Był wysoki, w uszach nosił złote ozdoby które dzwoniły cicho przy każdym ruchu. Na sobie miał taki sam, dobrze dopasowany, czarny, skórzany strój co reszta. Srebrne włosy były zaplecione z tyłu w misterne warkocze. Całości dopełniały ciemne, lekko fioletowe oczy i biała, szpiczasta bródka.
Selthus poruszył się niespokojnie. Wiedział, że nie zdołałby obezwładnić wszystkich, tym bardziej z pomocą niematerialnego ducha. Przywołania były jeszcze nieudolne, a poza tym niewiele zabrał ze sobą składników. Opuścił miecz z ociąganiem.
- Nie wiedziałem, że to wasze ziemie. - powiedział, z zadowoleniem stwierdzając, że zapanował nad drżeniem głosu.
Nieznajomy uśmiechnął się szeroko, ukazując lekko szpiczaste kły.
- To cię nie usprawiedliwia. Zabić go. - powiedział, opierają się o konar drzewa.
Selthus zaklął siarczyście i odrzucił miecz, co nieco zdziwiło przeciwników. Nie wiedzieli, że kompletnie nie umie się nim posługiwać. Zamiast tego, wydobył z jednej kieszeni odpowiednio spreparowane przedmioty. Małe woreczki z kośćmi, z dodatkiem ziół i kamieni szlachetnych, oraz mniej przyjemnych rzeczy. Sporo się natrudził aby je wykonać. Miał nadzieję, że choć jeden zrobił prawidłowo. Rzucił wszystkie na pokrytą zbutwiałymi liśćmi ziemię. W pierwszej chwili nic się nie stało, na szczęście przed dalszym atakiem powstrzymał elfy paskudny fetor dobywający się z ziemi. Zielone gazy były tak ohydne, że prawie nie zemdlał. Dopiero po chwili zaczął wyłazić z ziemi mały, paskudny szkielecik. Nie wydawał się imponujący, poza tym był tylko jeden. Selthus niepewnie spojrzał na przeciwników. Byli zdumieni, niektórzy nawet uciekli, czego się nie spodziewał. Większość zaś pozieleniała na twarzy, ze smrodu.
- Co to za plugawa magia?! - krzyknął jeden, plując z obrzydzeniem w bok.
Selthus wyprostował się aby wyglądać na większego.
- Moja własna. Jestem potężnym nekromantą. Zaraz na rozkaz wyjdzie z ziemi cała armia tych istot! - wrzasnął, unosząc dłonie.
Nie musieli przecież wiedzieć, że tylko cudem udało się przywołać choć jednego. Szkielet zaś ledwo wyszedł z ziemi i już rozpadł się w pył. Pozostała zaledwie czaszka. Elf uśmiechnął się na to.
- Niezbyt żywotna ta armia. - zadrwił z niego.
Selthus zrobił się cały czerwony. Odchrząknął, z trudem zachowując spokój. Ponownie zaczął machać rękami, jakby od niechcenia.
- T...to było celowe. Zaraz wyjdzie reszta. - pokiwał głową, szukając jedną ręką po kieszeniach więcej woreczków.
- Nie trudnij się nekromanto. Ta śmierdząca magia może się przydać. Związać ich... - rzucił jeszcze elf, idąc w stronę drzew.
Selthus wybiegł im na przeciw.
- Jego nie trzeba. Jest nieprzytomny i chory. - powiedział szybko.
Nieznajomy zmierzył go dziwnym spojrzeniem.
- Jego również. Nie ufam żadnemu z was.
Nie zdążył nawet zareagować, tak szybko i sprawnie związano dłonie za plecami. Na szczęście bano się go przeszukać. Najwyraźniej nie chcieli natknąć się na nowe paskudne niespodzianki. Zarzucono mu czarny worek na głowę i zapanowała ciemność. Niewiele pamiętał z wyprawy. Tylko narastające przerażenie o przyszły. Podania  które słyszał o mrocznych elfach, nie dodawały otuchy. Były przepełnione okrucieństwem i bezmyślnym mordem. Z tego co pamiętał, wyznawali jakieś dziwne bóstwo domagające się nowych ofiar. Z obsesją na punkcie czystości krwi, nie różnili zbytnio się od chodzących za dnia braci. Byli najlepszymi specami w zastawianiu pułapek, rzucaniu klątw i walce z ukrycia. Poza tym widzieli w ciemnościach i żyli głęboko pod ziemią.  

wtorek, 6 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 10


Selthus z krzykiem obudził się we własnym łóżku. Był bezpieczny, a sen odpłynął. Wytarł pot z czoła i z drżeniem poszedł w stronę kuchni. Ciężko usiadł przy drewnianym stole i zaparzył mocną herbatę.
- Nie ma mowy. Na pewno już nie zasnę. - upił duży łyk, parząc sobie język.
Tyle lat minęło od wydarzenia w wieży. Dotąd jednak nie wiedział, czy  na pewno zabił Mistrza. W końcu, z takimi umiejętnościami, mógł nawet nie być człowiekiem. Wtedy wydawało się to wszystko takie proste. Teraz zaś, gdy wiedział już więcej, miał wrażenie, że cienie tylko czekają aby zaatakować. I nie tylko one. Selthus nachylony nad kubkiem, wspominał. Czarownik zniknął, podobno spłonął wraz z wieżą. Wiedział jednak, że tacy nie odchodzą łatwo. Lord zaś teoretycznie przeżył. Życiem jednak by tego nie nazwał. Selthus wstał z jękiem i powlókł się z powrotem do łóżka. Był zbyt zmęczony aby walczyć ze snem. Miał nadzieję, że tej nocy zaśnie już spokojnie. Nienawidził wspomnień...
Sen nadszedł szybciej, niż się spodziewał. Gdy tylko głowa dotknęła poduszki, odpłynął w otulającą mgiełkę. Biegł... z trudem łapał powietrze. Gardło rozrywał niesamowity ból. Przez napływające do oczu łzy, niewiele widział. Za nim, powoli rozbrzmiewały krzyki przerażenia.
- Pożar! Pali się wieża Czarownika! - krzyczeli nadbiegający ludzie.
Nikt nie zwracał uwagi na biegnącego, niosącego nieprzytomnego chłopca. Nikt ich nie widział... Przystanął, opierając Albisa o pobliską ścianę.
- Wybacz mi... - powtarzał bez przerwy.
Wiedział, że musiał jak najszybciej uciec, ale bał się o brata. Nie wyglądał najlepiej. Był chorobliwie blady i oddychał szybko, jakby trzymał go w objęciach koszmar. Jedyną osobą która mu teraz przychodziła do głowy, a której mógł zaufać, była właśnie Nani. Uniósł brata i ciężko stawiając kroki, skierował się w stronę jej niewielkiego domku. Chata nie była pokaźna, ot skupisko kamieni i dziurawego dachu. Domostwo znajdowało się nieco dalej od środka zamku, niemal przytulone do murów.
Nani stała przy oknie, obserwując szalejący żywioł. Otworzyła im drzwi i niemal krzyknęła, widząc grobową minę Selthusa.
- Coś ty zrobił! Potworze! - wykrzyknęła, układając delikatnie nieprzytomnego Albisa na stole.
- To nie ja... - zdołał tylko wychrypieć, po czym osunął się na pobliskie krzesło. - Błagam... pomóż mu.
Nani nawet na niego nie spojrzała. Widać było, że nie wierzyła w ani jedno słowo. Szybko zbadała Albisa i zrobiła mocno pachnący napar z ziół. Wprawnie wlała mu nieco do gardła. Po tym zabiegu zaczął już lżej oddychać. Nadal jednak pozostawał nieprzytomny. Nani zaczęła ucierać zioła i rzucała niespokojne spojrzenia, siedzącemu w ciszy Selthusowi. Chłopak spoglądał tępo w jeden, nieokreślony punkt. Miał znużony wyraz twarzy i fioletową szyję, na której widniały ślady palców. Trzymał się za lewy bok, w który uderzył Xanidor. Kobieta westchnęła głośno i podeszła bliżej.
- Co tam się stało? Co zrobiłeś?! - potrząsnęła nim.
Selthus jakby dopiero teraz ją spostrzegł. Poruszał ustami, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Nani po chwili dała sobie spokój i podeszła do okna, aby stamtąd obserwować całą scenę. Pożar powoli przenosił sie na pobliskie budynki. Jej dom był jednak daleko, przypuszczała, że do tego czasu strażnicy zdążą nad nim zapanować. Gdy Selthus z jękiem powlókł się w kierunku śpiącego Albisa, kobieta zacisnęła mu mocno palce na nadgarstku. Była szybka, gdy na czymś jej zależało.
- Co ty robisz?! Chcesz go jeszcze dobić? - wysyczała wściekła.
Pokręcił przecząco głową, zbyt przerażony aby myśleć racjonalnie. Wiedział tylko, że muszą uciekać i to szybko.
- Odejdź! Uciekaj stąd potworze! Zostaw go. Bez ciebie będzie bezpieczniejszy! - za każdym wymawianym słowem, coraz bardziej popychała go w stronę drzwi.
- Ale... to mój brat. - wyszeptał przez łzy.
- I co z tego?! To nie przeszkodziło tobie i czarownikowi w wykorzystaniu go! - wykrzyknęła w furii. - Uciekaj! Albo klnę się na Bogów, że cię zabiję. Nikt i tak nie będzie płakał. Zawsze byłeś monstrum. Stworzonym do zła. Ja od dawna to wiedziałam. Tylko ja się nie myliłam. Tylko ja miałam rację... - mówiła coraz bardziej gorączkowo, jednocześnie sięgając po leżący na stoliku nożyk.
Selthus widząc to, zaczął się bezwładnie cofać, aż poczuł za plecami chropowatą ścianę.
- Proszę... nie możesz. To mój brat. Nie mogę odejść bez niego. - mamrotał.
- Odejdziesz. Już ja o to zadbam. - powiedziała kobieta, , idąc powoli z paskudnym uśmiechem.
Tak mocno zacisnęła palce na nożu, że kostki zbielały. Gdy dzieliło ją zaledwie kilka kroków, zza pleców dobiegł słaby głos Albisa.
- Selthusie? C...czy wszystko w porządku? Co tu robimy? - zapytał, z trudem siadając.
Rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem wokół i gdy dostrzegł Nani, uśmiechnął promiennie. Kobieta ukryła przed nim nóż w fałdach szarej sukni.
- Już dobrze maleńki. Twój brat właśnie wychodził. - posłała Selthusowi złowrogie spojrzenie.
- Co? Nie, nie może. Selthusie, miałem straszne sny. - załkał, a brat wyminął Nani i przytulił go.
- Już dobrze. To były tylko sny. Wiesz, że w nie się nie wieży, prawda? - zapytał, z trudem zdobywając się na uśmiech.
Albis spojrzał mu prosto w oczy.
- Wiem...
Z zewnątrz dobiegały coraz głośniejsze krzyki. Pożar wzrósł na sile i pochłonął całą wieżę, niszcząc ją doszczętnie. Na szczęście dzielni ludzie powoli go opanowywali.
- Muszę iść i pomóc. Na pewno będzie wielu rannych. Nie ruszajcie się stąd. - wysyczała, patrząc groźnie na Selthusa.
Ten jednak zupełnie jej już nie widział, gładził tylko delikatnie po głowie Albisa. Gdy wyszła, szybko ruszył w kierunku drzwi i wyjrzał, obserwując wszystko uważnie.
- Selthusie! Nie zostawiaj mnie samego! - wykrzyknął za nim brat.
- Spokojnie, nigdzie nie idę. - zmrużył niebezpiecznie oczy.
Nie ufał jędzy. Chciała go zabić aby mieć Albisa tylko dla siebie. Musieli uciekać, ale najpierw chciał sprawdzić co z ojcem.
- Zaraz wrócę, a ty ani drgnij. - spojrzał na niego ostro i wyszedł, głuchy na błagania.
Biegł szybko i zwinnie, przyciśnięty do ścian budynków. Ludzie idący z pomocą, nie mogli go widzieć. Dostał się w pobliże zamku i pobiegł do komnat. Musiał zabrać co się da. Miał złe przeczucia. Jeśli ojciec przeżył... mogło to znaczyć koniec. Chciał zabić Albisa, a teraz gdy pokrzyżowano mu plany ożywienia żony, na pewno zechce unicestwić i jego. W akcie zemsty. W komnacie zamku szybko pakował do torby ciepłe odzienie i tyle złota, ile tylko mógł znaleźć. Następnie zakradł się do kuchni, która była pusta. Ludzie w panice wybiegli na zewnątrz, chcąc pomóc lub uciec jak najdalej. Zabrał trochę jedzenia i obładowany, wybrał się w drogę powrotną do domu Nani. To, co zobaczył, doprowadziło go jednak do furii. Jędza ich wydała. Stała tam, pokazując na dom. Rozmawiała z grupką rycerzy. Na pewno naopowiadała im potwornych rzeczy. Pewnie według niej, to on podłożył ogień. Choć nie był do końca pewien, czy tak nie było w rzeczywistości. Obszedł sprawnie dom i już chciał wejść od tyłu, gdy przez przypadek spojrzał w kierunku płonących domów. Na ich tle odznaczała się postać człowieka. Zrazu wziął go za zwykłego rycerza, lecz gdy kilku podbiegło do nieznajomego i oddało pokłony, wiedział że ojciec przeżył.
Przełknął z trudem ślinę. Nagle gardło wyschło na wiór. Wszedł od tyłu do domku i zabarykadował szybko frontowe drzwi. Albis spoglądał ze zdumieniem wymalowanym na twarzy.
- Co robisz? Nani  będzie wściekła. - powiedział, unosząc się na rękach do pozycji siedzącej.
- Nie wątpię. Niech się cieszy, że zabraknie mi czasu aby ją odpowiednio... nagrodzić. - powiedział z krzywym uśmiechem. - Dasz radę iść? Musimy uciekać.
Gdy skończył mówić, ktoś zaczął się dobijać do drzwi.
- Otwierać w imię Lorda Zamku! - wrzeszczał tubalny głos.
- Chodź! Szybko, wstawaj! Musimy uciekać! - wykrzyknął, biorąc brata za rękę i ciągnąc w kierunku drugich drzwi.
Ucieczka, we wspomnieniach była jedną rozmytą plamą chaosu. Niewiele pamiętał. Tylko ogień, krzyki i ból. Wszechogarniający strach. Udało im się ukraść konie, uciekli w całym zamieszaniu w las. Selthus nie wiedział gdzie się udać. Nie miał innej rodziny. Krewni matki mieszkali zbyt daleko. A ojca... lepiej było o nich nie mówić. Był zdany tylko na siebie. Przez długi czas włóczyli się bez celu, po mrocznych lasach. Jednak byli przyzwyczajeni do takiego życia. Gdy skończyła się żywność, musieli polować. Selthus zupełnie nie znał się na tym i wiele razy chodzili spać głodni i zziębnięci. Gdy zapuścili się na zupełnie nieznane tereny, popełnił jeden ze swoich większych błędów... Naruszył terytorium Mrocznych Elfów.
***
Skasowało mi poprzedni post, niestety dlatego jestem zmuszona wrzucić go ponownie :(

piątek, 2 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 9

Albis wydawał ciche jęki, jak mały kwilący kociak. Zapewne podano jakiś mocny narkotyk, gdyż nie wydawało się aby wiedział gdzie jest. Ustawiono go w drugim kręgu i przypięto łańcuchami zwisającymi z sufitu. Lord, z niezmienionym wyrazem twarzy stanął obok czarownika. Poprzez ciche jęki dziewczyny przebijał się miarowy, dudniący głos Xanidora. Z każdą chwilą wzrastał na sile, aż w końcu wydawało się że rozerwie ich czaszki. Wówczas zaczęło się najgorsze. Czarownik nadal śpiewając uniósł zdobiony rubinami sztylet i z niezmienionym wyrazem twarzy, wbił go w serce dziewczyny. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Zaraz potem, znaki pod ich stopami rozświetlił wewnętrzny żar. Selthus z trudem pozostał przytomny. Kręciło mu się w głowie, a w nosie czuł okropny smród palonych ziół i krwi. To nie tak miało wyglądać. Jego brata nie powinno tu być.
Xanidor zaczął tanecznym krokiem iść w kierunku pierwszej zawieszonej postaci. Zadźwięczały łańcuchy, gdy przecinał mu tętnicę szyjną. Krew poleciała daleko, plamiąc wszystko wokół. Wkrótce cała komnata dosłownie nią spływała. Selthus z przerażeniem spojrzał na swego ojca, chcąc uzyskać u niego jakąkolwiek pomoc. Wyglądał on jednak tak, jakby zupełnie ich nie widział. Jednostajnym ruchem gładził lodowatą powierzchnię sarkofagu żony.
- Spokojnie kochanie. Już niedługo, jeszcze tylko chwilę... - powtarzał bez przerwy, niczym straszliwą mantrę.
Gdy Selthus spostrzegł, że Xanidor z tą samą bezwzględnością odchyla bezwładną głowę jego brata, omal nie zwymiotował.
- Stój! Nie możesz! - wykrzyknął, biegnąc do niego.
Opuścił swój krąg i omal nie upadł, przygnieciony dziwnym ciężarem. Jakby ktoś coś mu zawiesił na szyi, albo przypiął go łańcuchem do podłogi. Nie mógł długo z tym walczyć. Runął na zakrwawioną posadzkę, dygocąc z wściekłości i bezsilności.
- Ostrzegałem Selthusie. Nie sprzeciwiaj mi się bo gorzko tego pożałujesz. Cel uświęca środki. Poza tym to absolutnie konieczne. Twój ojciec był mi winien życie swego syna a ja... wezmę je oba. Dlaczego miałbym się ograniczać? - wyszeptał z paskudnym uśmiechem.
- Ale to Albis! On nawet nie ma żadnej mocy! - krzyczał ile sił w płucach, wiercąc się na podłodze.
- Jesteś w błędzie. Tu zawsze chodziło o niego. To dziecko, ma wyjątkowo irytujące zdolności, które chętnie posiądę. Jego śmierć jest dla nas przełomowa. Razem zapanujemy nad uzdrawianiem i nie tylko! Zobaczysz, niedługo będziesz mi wdzięczny. - powiedział, z zadowoloną miną.
Nagle skrzywił się zdziwiony, gdy coś mocno chwyciło go za kostkę. Spojrzał od niechcenia w dół aby zobaczyć wyłaniających się spomiędzy kamieni nieumarłych.
- Puść go! Błagam! Weź mnie, tylko nie krzywdź Albisa. - wyjąkał, z trudem unosząc głowę.
Co go tak osłabiało? Dotknął medalionu wżynającego mu się w kark. Prezent od Xanidora, miał go chronić. Selthus zaklął siarczyście, próbując go zerwać. Czarownik tymczasem jednym silnym kopniakiem odtrącił szare, kościste dłonie i wrócił do przerwanej czynności.
- Oddaję twą duszę... - nie dokończył, gdyż Selthus rzucił w jego stronę jedynym co mogło mu w tej chwili pomóc.
Niepozorny kamyk z namalowanym starożytnym symbolem runy. Gdy dotknął on ciała czarownika, rozbłysnął silnym światłem, oślepiając wszystkich wokół. To dało mu czas którego potrzebował. Musiał pozbyć się medalionu. Z jękiem wydobył niewielki sztylet i przeciął łańcuszek. Był wolny, chwiejąc się na nogach, stanął naprzeciw swego Mistrza.
- Puść go. - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- To rozkaz? - zadrwił czarownik.
- A jak myślisz. - nie czekając na jego reakcję rzucił sztyletem.
Ku swemu zdumieniu trafił, choć rana niestety nie była śmiertelna. Szybkim ruchem odepchnął chwiejącego się czarownika na bok i zaczął się mocować z kajdanami swego brata. Gdy go uwolnił, ten upadł bez życia na podłogę.
- Powstrzymaj go! - rzucił Xanidor do Lorda.
Jego ojciec, z zakrzywionymi niczym szponami palcami, rzucił się na syna. W jego oczach na próżno było szukać ojcowskiej miłości. Dawno już przygasła i zniknęła, pod wpływem zaklęć czarownika i jego zatrutych słów. Zacisnął on skurczone dłonie na gardle Selthusa. Z jego gardła wyrwał się dziwny, nieludzki charkot. Chłopak nie miał sił aby błagać, aby odwołać się do jego uczuć. Nie mógł nawet zaczerpnąć tchu. Czuł jak powoli uchodzi z niego życie. Mógł zrobić jedyne w czym był dobry. Przywołał pomoc...
Delikatnym ruchem dłoni rzucił na ziemię coś, przypominającego niewielki związany woreczek. Nieco wcześniej, po uwięzieniu duszy Elvera, zaklął ją w swym pierścieniu, aby zawsze była pod ręką. Teraz wysłał jej istotę do tego woreczka, by mogła zrobić za niego resztę. Musiał mu zaufać. Kiedy podjął naukę u Xanidora, odkrył że ma niezwykły talent w nekromancji. Z początku nie chciał nawet o tym słyszeć, ale z czasem i do tego musiał się przekonać. Tak jak do wielu innych, straszliwych praktyk.
Wokół jego drobnej postaci pojawił się niewielki, świetlisty krąg koloru zgniłej zieleni. Nie miał pewności czy przywołanie się powiedzie. Nie robił tego zbyt często. Dlatego, gdy już zaczął tracić przytomność, z ulgą spostrzegł, że z przeciwległej ściany coś zaczęło się wyłaniać. Z początku podobne jedynie do niedoskonałości albo załamania światła, zaczęło rosnąć. Po chwili przybrało bardziej ludzkiej kształty i oddzieliło się od muru. Przypominało karykaturę człowieka. Niemniej jego świdrujące, czerwone oczy padły natychmiast na szamoczącą się parę. Stwór z niezwykłą siłą odczepił palce Lorda od gardła Selthusa i rzucił go na drugi koniec komnaty. Chłopak zaś upadł, niemal bez życia, krztusząc się i z trudem łapiąc oddech. Jeszcze nigdy nie czuł takiego bólu. Podczołgał się do nadal nieprzytomnego Albisa i chwycił go w ramiona. Wtulił się w jego niegdyś białe odzienie. Miał ochotę wykrzyczeć całą swoją wściekłość. Jedyne jednak co wydobyło się z jego gardła, nie przypominało mowy ludzkiej. Przez chwilę zapomniał o czarowniku i odrażającym rytuale. Ten błogi stan nie mógł jednak trwać długo. Został wyrwany brutalnie przez silny cios w bok. Poleciał kawałek dalej uderzając o ołtarz. Jego przywołany stwór został szybko unieszkodliwiony przez Xanidora, zaś dusza powróciła ponownie do pierścienia. Zaraz potem czarownik nachylił się nad Selthusem, z wyrazem dzikiej furii.
- Chciałem cię uczynić moim uczniem! Ale teraz zrobię z ciebie nieumarłego sługę! Tylko do tego się nadajesz! - wykrzyknął, chcąc zacisnąć palce na jego poranionym gardle.
Chłopak warknął i zaczął ostatkami sił bronić się przed nim. Nie mógł jednak dorównać mu siłą. Jego palce trafiły nagle na zimną powierzchnię sztyletu. Xanidor nawet nie odczuł tamtego ciosu, pozostawił sztylet tam gdzie ten go trafił. To była jego szansa. Jedyna... Chwycił mocno broń i zaczął jak najszybciej zadawać liczne ciosy. Zamknął oczy, nie chcąc widzieć zdziwienia na twarzy swego Mistrza. Gdy ten już osuwał się na posadzkę, chłopak jeszcze szepnął mu do ucha.
- Mój brat nigdy nie będzie twoją ofiarą. Ani ja. - jednym, płynnym ruchem przeciął mu gardło.
© Agata | WioskaSzablonów
Resurgere and Grinmir-stock