Szybko zaprowadził go do
czekającego już z oddziałem Seliriona. Było ich trzydziestu, w tym dziesięciu
łuczników. Elf uśmiechnął się do niego.
- Mam nadzieję, że
jesteś gotowy?
Selthus zamrugał,
zaskoczony oczami.
- Ty mówisz serio?
Wychodzimy? - zapytał dla pewności.
Selirion przybrał
poważny wyraz twarzy.
- Tylko tam nie będzie
oczu i uszu ciemności. Kapłanki nic nie usłyszą. - wyszedł przez wielkie,
kamienne wrota.
Szli przez jakiś czas w
milczeniu. Selthus czuł wyjątkowe zdenerwowanie. Gdy jednak na twarzy poczuł
zimny, rześki wiatr, uśmiechnął się szeroko. Czuł jakby nie oglądał nieba od
niepamiętnych czasów. Zdziwił się, że wciąż jest na swoim miejscu, piękne jak
nigdy przedtem. Na zewnątrz panowała noc. Było zimno i z przerażeniem
stwierdził, że spędził w podziemiach mniej czasu niż przypuszczał. Spojrzał
niepewnie na towarzysza.
- Ile u was gościłem?
Selirion zamyślił się.
idąc spokojnie przez gęsty, mroczny las. Nie potrzebował światła aby widzieć
najdrobniejsze nierówności terenu.
- Niemal dwa lata. To i
tak więcej niż się spodziewałem. Masz szczęście, że nadal żyjesz. A teraz nie
gadaj, tylko chodź. Jeszcze daleka droga przed nami.
Przez dłuższy czas szli
w całkowitym milczeniu. W Selthusie tymczasem narastały obawy. A jeśli wyruszyli
po to, aby go potem zamordować? W końcu nie było lepszej po temu okazji. Gdy
rozbili pierwszy obóz w jakiejś niewielkiej jaskini, aby schronić się przed
blaskiem dnia, obawy narosły do niesamowitych rozmiarów. Usiadł w kącie i
spoglądał na towarzyszy z podejrzeniem. Rozpalili niewielki ogień, nad którym przypiekali
mięso. Selthus westchnął przeciągle i zaczął przeglądać jedną z magicznych
ksiąg. Niewiele rozumiał z bełkotu na pożółkłych stronach. Doszedł do wniosku,
że albo napisał ją geniusz, albo kompletny idiota. Oparł zmęczoną głowę o skałę. Obserwował spod
przymkniętych powiek. Czuł się senny tą całonocną wędrówką. Ból nóg i wszystkich
mięśni utrudniał sen. Przez cały czas uwięzienia i odpoczynek w komnatach
kapłanki, odwykł od wysiłku. Poza tym przejął odmienny cykl dnia i nocy
mrocznych elfów. Nim zdążył zareagować, zapadł w sen we śnie...
Zbudził go ostry głos
Seliriona. Potrząsał mocno jego ramieniem.
- Wstawaj, pora
wyruszać. - szeptał, zaś ciemne oczy błyszczały mu w półmroku.
Selthus jęknął i odebrał
suszone mięso wraz z lodowatą wodą. Od tego też odwykł. Do tej pory miał do
dyspozycji całkiem smaczne jedzenie, sprowadzane specjalnie dla kapłanek z
najdalszych zakątków mrocznego świata elfów. Wstał jednak, rozcierając bolące
mięśnie. Wziął przykład z elfich towarzyszy. Zachowywali się cicho i pewnie. On
jednak, mimo starań był głośny i strasznie niezdarny. Gdy potknął się o garnek
i narobił niesamowitego hałasu, spojrzeli wrogo.
- Co?! Nie każdy widzi
tu w ciemności. - odparł wściekły.
Od tej pory nazywali go "Nwari",
co w ich języku znaczyło "Niezdarny".
Kolejna noc zeszła im na męczącej wędrówce, w trakcie której starał się jeszcze
bardziej nie zasłużyć na to imię. Niestety, im bardziej próbował, tym większym
był pośmiewiskiem. Gdy szedł w niewielkim oddaleniu z Selirionem, ten
stwierdził.
- Nie próbuj nam
zaimponować. Nie jesteś jednym z nas. Bądź sobą, gdyż właśnie dlatego jeszcze
żyjesz.
Selthus nie bardzo
rozumiał te słowa.
- A kim w waszych oczach
jestem? Nwari? Żałosnym człowiekiem, czy kolejną ofiarą Bóstwa Ciemności? -
zapytał, jednocześnie intuicyjnie gładząc woreczek z runami, schowany w jednej
z kieszeni płaszcza.
- Nwari nie jest obrazą.
Powinieneś być wdzięczny, że zechcieli poświęcić czas aby wynaleźć ci imię.
Dzięki temu nie jesteś już bezimienny. - wzruszył ramionami, a Selthusowi
zrobiło się niedobrze.
Był dla nich niczym, tak
jak się spodziewał. Selirion nagle przystanął na jakiś lekki dźwięk
przypominający pisk gryzonia. To był sygnał, że dotarli do celu. Przykucnął i
pociągnął go za sobą.
- Co się... - nie
dokończył, gdyż elf ruchem ręki nakazał ciszę.
Nachylił się i szepnął
mu do ucha.
- To wrogie plemię
mrocznych. Jeśli ich wybijesz, zasłużysz sobie szacunek. Musisz działać szybko.
Ruszaj... - popchnął go lekko w kierunku, z którego dobiegały ciche odgłosy
rozmowy.
Chłopak był przerażony.
Ręce mu się trzęsły, a w głowie miał tylko pustkę. Niewiele pamiętał z dawnych
nauk Mistrza. Poza tym, z wyjątkiem kilku ziół które udało się uzbierać w
drodze, nie miał żadnych innych materiałów. A przecież nekromancja wymagała
ciał i zaklętych dusz. Zacisnął mocno zęby i wziął głęboki oddech. Wiedział już,
że zaraz zginie, jeśli czegoś nie wymyśli. Zaczął nerwowo wertować zbutwiałe
karty księgi, ale w tych ciemnościach nic nie widział. Poza tym i tak nie potrafił rozczytać tego
bełkotu.
- Co powtarzał Mistrz?
Co zrobić w takiej sytuacji? Gdy wszystko zawiedzie? - szeptał bezgłośnie,
starając się odciąć od dobiegających zewsząd odgłosów.
Ktoś trącił go z tyłu,
chcąc zapewne dać znać, że ma się pospieszyć. Pogorszyło to tylko sytuację. Jak
miał powiedzieć, że nic nie pamięta? Gdy otworzył oczy już znał odpowiedź. Było
mu wszystko jedno, cieszył się jedynie, że nie zginie w śmierdzącym lochu, albo
przywiązany do lodowatego ołtarza, niczym jagnię. Ostatni wdech i wyszedł
dumnie na ścieżkę, tuż przed spory oddział wroga. Zaskoczył ich, przez krótką
chwilę miał przewagę.
Uśmiechnął się paskudnie
i rzucił jedyną rzeczą którą miał pod ręką... księgą. Trafiła jednego w twarz,
doprowadzając tym do wściekłości resztę. Tak szybko, jak tego dnia, nigdy
jeszcze nie biegł. Przez nieuwagę potknął się o wystający korzeń i zniknął z oczu,
ukryty przez gęsto rosnące krzaki. Nie wiedział czy bardziej wściekły był na
przeklęte elfy, Seliriona, czy samego siebie, że uciekł i jednak nie dał się
zadźgać. Miałby to już za sobą. Koniec z poniżeniem, niepewnością i strachem. Tymczasem,
jego odrażający towarzysze będą musieli wymyśleć nowe imię. Ciekawe, jak w ich
języku mówiło się "strachliwy zając"... Z tyłu dochodziły odgłosy
bitwy. Najwyraźniej faktycznie nie mieli zamiaru puścić go wolno. Po jakimś
czasie zapanowała cisza, a on modlił się, sam nie wiedział do kogo, aby nie
zostać odnalezionym. Bał się oddychać, czuł, że zdradzi bicie serca słuchać
niczym dzwon. Gdy ktoś kopnął go mocno w bok, jęknął przerażony i odwrócił się,
chcąc odeprzeć kolejne. Nie zdołał... Jeszcze teraz na wspomnienie tamtej nocy,
czuł ból we wszystkich żebrach. Pobili go nim przyszedł Selirion. Właściwie
jednak nie był pewny czy nie stał z boku, przyglądając się wszystkiemu. W końcu
był mrocznym elfem, a po nich wszystkiego można się spodziewać. Podniesiono go
brutalnie z ziemi, ale nie był w stanie ustać na nogach o własnych siłach.
Spojrzał w niewyrażającą żadnych uczuć twarz Seliriona. Obejrzał go i na koniec
wymierzył solidny cios w szczękę, po którym chłopak stracił przytomność. Obudził
się w tej samej jaskini, w której zatrzymali się wcześniej na dzień. Miał już
owinięte bandażem żebra, ale nadal oddychał z trudem. Gdy usiadł, omal nie
zemdlał od niesamowitego bólu który opanował ciało. Wypluł z ust piasek,
zapewne dostał się tam, gdy upadł twarzą w błoto. Reszta elfów przyglądała się
nieufnie. Jedli spokojnie jakiś śmierdzący gulasz. Selirion przyniósł parującą
miskę i wetknął siłą w zdrętwiałe palce.
- Jedz, gdy nadejdzie
noc mam nadzieję, że nie przyniesiesz kolejnego wstydu. – powiedział, oddalając
się szybko.
Selthus odprowadził go
wściekłym wzrokiem i z apetytem zjadł gorące jadło. Pogładził leżącą obok
księgę i zastanowił się dlaczego jeszcze żyje. Zapytałby swego elfiego
towarzysza, ale nie wiedział czy otrzyma odpowiedź, czy tylko kolejny cios. Gdy
zjadł, ponownie otworzył księgę i zaczął z uwagą studiować zawiłe teksty. Nadal
nic nie rozumiał, ale była ona jedynym co miał, więc uznał, że skoro żyje, nie
może się poddać. Zemsta stała się jego paliwem…
Noc nadeszła szybciej
niż podejrzewał. Tym razem jednak miał zamiar pokazać kilka sztuczek. Udało mu
się w ciągu dnia dobrać do ciała zabitego elfa, co spotkało się z otwartą
krytyką reszty. Odpowiednio przygotował najważniejsze części ciała. Odciął
bujne, srebrzyste włosy, wyciął serce… Przygotował nową mieszankę ziół, ale
brak było kamieni szlachetnych, dlatego zastosował zamiennik, w postaci szarych,
rzecznych. Miał nadzieję, że doprowadzi chociaż do tego samego efektu jak wtedy,
przy pierwszym spotkaniu z Mrocznymi elfami. Śmierdzące opary nie były w sumie
takie złe. Gdy wyruszali, był gotowy. Mimo strasznego bólu czuł tremę i coś na
kształt dumy, mimo, że za wcześnie jeszcze na to. Tym razem zapuścili się
znacznie dalej na terytorium drugiego klanu. Selirion ponownie podszedł i
położył mu mocno rękę na ramieniu.
- Dobrze radzę, tym
razem nic nie próbuj. Żyjesz tylko dlatego, że ich powstrzymałem. Nie łudź się
jednak, że następnym razem zrobię to samo. - twarz nie
wyrażała żadnych uczuć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz