środa, 7 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 11


Selthus siedział przyczajony w krzakach. Powoli robiło się ciemno, a od ciągłego trzymania napiętej cięciwy łuku, ramiona bolały niesamowicie. Obok, w odległości zaledwie kilku centymetrów, unosił się duch Elvera.
- Bogowie pokarali mnie tobą... tylko za co? Nie mam pojęcia... - szeptał raz po raz.
- Cicho, bo ją spłoszysz. - szepnął chłopak, zagryzając wargę.
Naprzeciw stała piękna łania, prawdopodobna kolacja.
- I tak nie trafisz. Nie łudź się, jesteś beznadziejny. - powiedziała dusza, wykrzywiając twarz w paskudnym grymasie.
Przez jego postać można było spostrzec liście drzew za nim.
- Gdybym tylko mógł złapać łuk, pokazałbym jak to się robi... Nie tak! Proste plecy! - warknął do ucha.
- Mógłbyś się w końcu zamknąć?! Rozpraszasz mnie! - odwarknął czując mocne kłucie w ramionach.
- Teraz! Strzelaj! - wykrzyknął nagle duch, dotykając go lodowatymi palcami.
Selthus strzelił, ale oczywiście chybił. Podniósł dłoń w kierunku ducha, nakazując ciszę.
- Chociaż tego mi daruj, błagam...
- Celadorzy nie ... - przerwał mu ponownie.
- Wiem! Ale naprawdę zamilcz, bo inaczej zaklnę cię w drzewo i zostawię! - odgrażał się chłopak idąc w kierunku prowizorycznego obozu, gdzie zostawił brata.
- Nie zrobisz tego. Tylko ja ci zostałem. - odparł, dumnym głosem.
- Jest wielu umarłych. - wyszeptał Selthus, ostrożnie stawiając stopy w półmroku.
- Ale tylko jeden taki jak ja.
- O tak! I dzięki za to Bogom. - zaśmiał się chłopak.
- Nie bluźnij, czego cię uczyłem?
Gdy doszli w końcu do obozu, Selthus niósł ze sobą tylko jedną, niewielką rybę, którą jakimś cudem upolował. Albis leżał na prowizorycznym posłaniu z liści i mchu. Drżał na całym ciele, wstrząsany silnymi drgawkami. Od kilku dni nie mógł się już ruszać. Zmogła go nieznana choroba. Selthus nie miał tu nikogo, kto mógłby służyć radą w tych sprawach. Usiadł przy nim i cierpliwie zrobił kolejny zimny okład. Dziś padł ostatni koń. Miał zamiar odzyskać z ciała co tylko zdoła. Mięso było na wagę złota.
- Nie martw się jakoś z tego wyjdziemy. - powtarzał, chyba po raz setny.
Nie chciał, nawet przed sobą przyznać, że zabłądził. Nim zniknęli w mrocznych lasach, wysłał Elvera na przeszpiegi do pobliskich wiosek. Dowiedział się niepokojących pogłosek. Lord, oszalały z wściekłości, wysłał w pościg zbrojnych. Mieli ich obu przyprowadzić żywych. Kto wie jednak co planował potem zrobić. Selthus podejrzewał, że będzie chciał ich poświęcić, aby ożywić ukochaną żonę. Tylko czy to podziała? Czym będzie istota, którą stworzy mrocznym rytuałem? Potrząsnął głową, ignorując natarczywe myśli. Nagle z lewej strony dobiegł jakiś szelest. Szybko obnażył miecz, gotowy odeprzeć atak. Niemal natychmiast poznał, że jest stracony. Wokół stały elfy. Mroczne, o szarej skórze i białych włosach. Ciemne, błyszczące oczy spoglądały na niego z ciekawością. Tylko kilku dobyło zakrzywionych ostrzy.
- Za wejście na nasze tereny grozi śmierć. - powiedział jeden, z dziwnym akcentem.
Był wysoki, w uszach nosił złote ozdoby które dzwoniły cicho przy każdym ruchu. Na sobie miał taki sam, dobrze dopasowany, czarny, skórzany strój co reszta. Srebrne włosy były zaplecione z tyłu w misterne warkocze. Całości dopełniały ciemne, lekko fioletowe oczy i biała, szpiczasta bródka.
Selthus poruszył się niespokojnie. Wiedział, że nie zdołałby obezwładnić wszystkich, tym bardziej z pomocą niematerialnego ducha. Przywołania były jeszcze nieudolne, a poza tym niewiele zabrał ze sobą składników. Opuścił miecz z ociąganiem.
- Nie wiedziałem, że to wasze ziemie. - powiedział, z zadowoleniem stwierdzając, że zapanował nad drżeniem głosu.
Nieznajomy uśmiechnął się szeroko, ukazując lekko szpiczaste kły.
- To cię nie usprawiedliwia. Zabić go. - powiedział, opierają się o konar drzewa.
Selthus zaklął siarczyście i odrzucił miecz, co nieco zdziwiło przeciwników. Nie wiedzieli, że kompletnie nie umie się nim posługiwać. Zamiast tego, wydobył z jednej kieszeni odpowiednio spreparowane przedmioty. Małe woreczki z kośćmi, z dodatkiem ziół i kamieni szlachetnych, oraz mniej przyjemnych rzeczy. Sporo się natrudził aby je wykonać. Miał nadzieję, że choć jeden zrobił prawidłowo. Rzucił wszystkie na pokrytą zbutwiałymi liśćmi ziemię. W pierwszej chwili nic się nie stało, na szczęście przed dalszym atakiem powstrzymał elfy paskudny fetor dobywający się z ziemi. Zielone gazy były tak ohydne, że prawie nie zemdlał. Dopiero po chwili zaczął wyłazić z ziemi mały, paskudny szkielecik. Nie wydawał się imponujący, poza tym był tylko jeden. Selthus niepewnie spojrzał na przeciwników. Byli zdumieni, niektórzy nawet uciekli, czego się nie spodziewał. Większość zaś pozieleniała na twarzy, ze smrodu.
- Co to za plugawa magia?! - krzyknął jeden, plując z obrzydzeniem w bok.
Selthus wyprostował się aby wyglądać na większego.
- Moja własna. Jestem potężnym nekromantą. Zaraz na rozkaz wyjdzie z ziemi cała armia tych istot! - wrzasnął, unosząc dłonie.
Nie musieli przecież wiedzieć, że tylko cudem udało się przywołać choć jednego. Szkielet zaś ledwo wyszedł z ziemi i już rozpadł się w pył. Pozostała zaledwie czaszka. Elf uśmiechnął się na to.
- Niezbyt żywotna ta armia. - zadrwił z niego.
Selthus zrobił się cały czerwony. Odchrząknął, z trudem zachowując spokój. Ponownie zaczął machać rękami, jakby od niechcenia.
- T...to było celowe. Zaraz wyjdzie reszta. - pokiwał głową, szukając jedną ręką po kieszeniach więcej woreczków.
- Nie trudnij się nekromanto. Ta śmierdząca magia może się przydać. Związać ich... - rzucił jeszcze elf, idąc w stronę drzew.
Selthus wybiegł im na przeciw.
- Jego nie trzeba. Jest nieprzytomny i chory. - powiedział szybko.
Nieznajomy zmierzył go dziwnym spojrzeniem.
- Jego również. Nie ufam żadnemu z was.
Nie zdążył nawet zareagować, tak szybko i sprawnie związano dłonie za plecami. Na szczęście bano się go przeszukać. Najwyraźniej nie chcieli natknąć się na nowe paskudne niespodzianki. Zarzucono mu czarny worek na głowę i zapanowała ciemność. Niewiele pamiętał z wyprawy. Tylko narastające przerażenie o przyszły. Podania  które słyszał o mrocznych elfach, nie dodawały otuchy. Były przepełnione okrucieństwem i bezmyślnym mordem. Z tego co pamiętał, wyznawali jakieś dziwne bóstwo domagające się nowych ofiar. Z obsesją na punkcie czystości krwi, nie różnili zbytnio się od chodzących za dnia braci. Byli najlepszymi specami w zastawianiu pułapek, rzucaniu klątw i walce z ukrycia. Poza tym widzieli w ciemnościach i żyli głęboko pod ziemią.  

1 komentarz:

© Agata | WioskaSzablonów
Resurgere and Grinmir-stock