Selthus siedział przyczajony w krzakach.
Powoli robiło się ciemno, a od ciągłego trzymania napiętej cięciwy łuku, ramiona
bolały niesamowicie. Obok, w odległości zaledwie kilku centymetrów, unosił się
duch Elvera.
- Bogowie pokarali mnie
tobą... tylko za co? Nie mam pojęcia... - szeptał raz po raz.
- Cicho, bo ją
spłoszysz. - szepnął chłopak, zagryzając wargę.
Naprzeciw stała piękna
łania, prawdopodobna kolacja.
- I tak nie trafisz. Nie
łudź się, jesteś beznadziejny. - powiedziała dusza, wykrzywiając twarz w
paskudnym grymasie.
Przez jego postać można
było spostrzec liście drzew za nim.
- Gdybym tylko mógł
złapać łuk, pokazałbym jak to się robi... Nie tak! Proste plecy! - warknął do
ucha.
- Mógłbyś się w końcu
zamknąć?! Rozpraszasz mnie! - odwarknął czując mocne kłucie w ramionach.
- Teraz! Strzelaj! -
wykrzyknął nagle duch, dotykając go lodowatymi palcami.
Selthus strzelił, ale
oczywiście chybił. Podniósł dłoń w kierunku ducha, nakazując ciszę.
- Chociaż tego mi daruj,
błagam...
- Celadorzy nie ... -
przerwał mu ponownie.
- Wiem! Ale naprawdę zamilcz,
bo inaczej zaklnę cię w drzewo i zostawię! - odgrażał się chłopak idąc w
kierunku prowizorycznego obozu, gdzie zostawił brata.
- Nie zrobisz tego.
Tylko ja ci zostałem. - odparł, dumnym głosem.
- Jest wielu umarłych. -
wyszeptał Selthus, ostrożnie stawiając stopy w półmroku.
- Ale tylko jeden taki
jak ja.
- O tak! I dzięki za to
Bogom. - zaśmiał się chłopak.
- Nie bluźnij, czego cię
uczyłem?
Gdy doszli w końcu do
obozu, Selthus niósł ze sobą tylko jedną, niewielką rybę, którą jakimś cudem
upolował. Albis leżał na prowizorycznym posłaniu z liści i mchu. Drżał na całym
ciele, wstrząsany silnymi drgawkami. Od kilku dni nie mógł się już ruszać.
Zmogła go nieznana choroba. Selthus nie miał tu nikogo, kto mógłby służyć radą
w tych sprawach. Usiadł przy nim i cierpliwie zrobił kolejny zimny okład. Dziś
padł ostatni koń. Miał zamiar odzyskać z ciała co tylko zdoła. Mięso było na
wagę złota.
- Nie martw się jakoś z
tego wyjdziemy. - powtarzał, chyba po raz setny.
Nie chciał, nawet przed
sobą przyznać, że zabłądził. Nim zniknęli w mrocznych lasach, wysłał Elvera na
przeszpiegi do pobliskich wiosek. Dowiedział się niepokojących pogłosek. Lord,
oszalały z wściekłości, wysłał w pościg zbrojnych. Mieli ich obu przyprowadzić
żywych. Kto wie jednak co planował potem zrobić. Selthus podejrzewał, że będzie
chciał ich poświęcić, aby ożywić ukochaną żonę. Tylko czy to podziała? Czym
będzie istota, którą stworzy mrocznym rytuałem? Potrząsnął głową, ignorując
natarczywe myśli. Nagle z lewej strony dobiegł jakiś szelest. Szybko obnażył
miecz, gotowy odeprzeć atak. Niemal natychmiast poznał, że jest stracony. Wokół
stały elfy. Mroczne, o szarej skórze i białych włosach. Ciemne, błyszczące oczy
spoglądały na niego z ciekawością. Tylko kilku dobyło zakrzywionych ostrzy.
- Za wejście na nasze
tereny grozi śmierć. - powiedział jeden, z dziwnym akcentem.
Był wysoki, w uszach
nosił złote ozdoby które dzwoniły cicho przy każdym ruchu. Na sobie miał taki
sam, dobrze dopasowany, czarny, skórzany strój co reszta. Srebrne włosy były
zaplecione z tyłu w misterne warkocze. Całości dopełniały ciemne, lekko
fioletowe oczy i biała, szpiczasta bródka.
Selthus poruszył się
niespokojnie. Wiedział, że nie zdołałby obezwładnić wszystkich, tym bardziej z
pomocą niematerialnego ducha. Przywołania były jeszcze nieudolne, a poza tym
niewiele zabrał ze sobą składników. Opuścił miecz z ociąganiem.
- Nie wiedziałem, że to
wasze ziemie. - powiedział, z zadowoleniem stwierdzając, że zapanował nad
drżeniem głosu.
Nieznajomy uśmiechnął
się szeroko, ukazując lekko szpiczaste kły.
- To cię nie
usprawiedliwia. Zabić go. - powiedział, opierają się o konar drzewa.
Selthus zaklął
siarczyście i odrzucił miecz, co nieco zdziwiło przeciwników. Nie wiedzieli, że
kompletnie nie umie się nim posługiwać. Zamiast tego, wydobył z jednej kieszeni
odpowiednio spreparowane przedmioty. Małe woreczki z kośćmi, z dodatkiem ziół i
kamieni szlachetnych, oraz mniej przyjemnych rzeczy. Sporo się natrudził aby je
wykonać. Miał nadzieję, że choć jeden zrobił prawidłowo. Rzucił wszystkie na
pokrytą zbutwiałymi liśćmi ziemię. W pierwszej chwili nic się nie stało, na
szczęście przed dalszym atakiem powstrzymał elfy paskudny fetor dobywający się
z ziemi. Zielone gazy były tak ohydne, że prawie nie zemdlał. Dopiero po chwili
zaczął wyłazić z ziemi mały, paskudny szkielecik. Nie wydawał się imponujący,
poza tym był tylko jeden. Selthus niepewnie spojrzał na przeciwników. Byli
zdumieni, niektórzy nawet uciekli, czego się nie spodziewał. Większość zaś
pozieleniała na twarzy, ze smrodu.
- Co to za plugawa
magia?! - krzyknął jeden, plując z obrzydzeniem w bok.
Selthus wyprostował się
aby wyglądać na większego.
- Moja własna. Jestem
potężnym nekromantą. Zaraz na rozkaz wyjdzie z ziemi cała armia tych istot! -
wrzasnął, unosząc dłonie.
Nie musieli przecież
wiedzieć, że tylko cudem udało się przywołać choć jednego. Szkielet zaś ledwo
wyszedł z ziemi i już rozpadł się w pył. Pozostała zaledwie czaszka. Elf
uśmiechnął się na to.
- Niezbyt żywotna ta armia.
- zadrwił z niego.
Selthus zrobił się cały
czerwony. Odchrząknął, z trudem zachowując spokój. Ponownie zaczął machać
rękami, jakby od niechcenia.
- T...to było celowe.
Zaraz wyjdzie reszta. - pokiwał głową, szukając jedną ręką po kieszeniach
więcej woreczków.
- Nie trudnij się
nekromanto. Ta śmierdząca magia może się przydać. Związać ich... - rzucił
jeszcze elf, idąc w stronę drzew.
Selthus wybiegł im na
przeciw.
- Jego nie trzeba. Jest
nieprzytomny i chory. - powiedział szybko.
Nieznajomy zmierzył go
dziwnym spojrzeniem.
- Jego również. Nie ufam
żadnemu z was.
Nie zdążył nawet
zareagować, tak szybko i sprawnie związano dłonie za plecami. Na szczęście bano
się go przeszukać. Najwyraźniej nie chcieli natknąć się na nowe paskudne
niespodzianki. Zarzucono mu czarny worek na głowę i zapanowała ciemność.
Niewiele pamiętał z wyprawy. Tylko narastające przerażenie o przyszły. Podania które słyszał o mrocznych elfach, nie dodawały
otuchy. Były przepełnione okrucieństwem i bezmyślnym mordem. Z tego co pamiętał,
wyznawali jakieś dziwne bóstwo domagające się nowych ofiar. Z obsesją na
punkcie czystości krwi, nie różnili zbytnio się od chodzących za dnia braci.
Byli najlepszymi specami w zastawianiu pułapek, rzucaniu klątw i walce z
ukrycia. Poza tym widzieli w ciemnościach i żyli głęboko pod ziemią.
ACHA OK
OdpowiedzUsuń