sobota, 10 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 13


Od tego momentu jego "status" więźnia nieco się polepszył. Najpierw odczuł to w jakości jedzenia. Dostawał czystą wodę i dwa znacznie większe posiłki dziennie, w których na dodatek nie było robaków. W pewnym momencie ponownie odwiedził go Selirion wraz z grupą strażników.
- Mam nadzieję, że nie polubiłeś zbytnio celi? - zapytał klepiąc go w ramię.
Selthus wstał z trudem, ale nie chciał pomocy. Miał jeszcze tyle godności, aby iść o własnych siłach. Nie wierzył już, że zobaczy brata żywego. Po tak długim czasie zapewne i na niego nadeszła w końcu pora. Podejrzewał, że zostanie złożony w ofierze.
- Ile to jeszcze potrwa? - zapytał ze znużeniem, ledwo włócząc nogami.
Skręcili tyle razy w jednakowych korytarzach, że stracił rachubę.
- Co potrwa? Jeśli się łudzisz, że kiedykolwiek zyskasz wolność, jesteś głupcem. - odparł elf ze spokojem.
Selthus przez chwilę nic nie mówił. Rozważał sytuację. Zmarszczył brwi, ale był zbyt znużony aby myśleć długo.
- Nigdy nie podejrzewałem, że mnie wypuścicie. Czym będę? Pieskiem na posyłki, obiektem eksperymentów? A może jednak posiłkiem waszych bestii? - zaśmiał się szyderczo.
Elf westchnął głośno, znudzony.
- Za kogo nas masz? Barbarzyńców? - otworzył wielkie wrota, zaś nekromanta krzyknął zakrywając wrażliwe na światło oczy.
Przez ułamek sekundy, mimo wszystko łudził się, że ujrzał ponownie słońce. Gdy jednak usłyszał śmiechy i rozmowy, zrozumiał pomyłkę. Wciąż mocno przyciskał pięści do oczu. Poczuł lekki nacisk dłoni Seliriona, który kierował gdzie ma iść. Po chwili usłyszał szept.
- Przykro mi, że musisz to znosić. Dostałem jednak rozkazy... - głos umilkł tak, jak zniknęła dłoń
Selthus został sam i nic nie widział. Słyszał kobiece głosy. Wprawiało go to we wściekłość. Miał ochotę wszystkie pozabijać wszystkie elfy. Nie będzie pustą zabaweczką, którą można potem wypatroszyć. Nie on...
- Zostawcie mnie! - uderzył na oślep, ale był zbyt osłabiony i runął na miękki dywan.
Zalał go śmiech, perlisty i słodki, należący do co najmniej czterech kobiet.
- Zobaczcie, jest uroczy... Może mogłybyśmy nieco poprawić? - zapytała jedna z nich, trącając go nogą w bok. - Jestem pewna, że przeżyłby więcej niż poprzedni.
- Wątpię... zobacz tylko. Jest za słaby. Zabijmy go...
- Nudzi mi się, może po prostu go wypuśćmy i niech pieski mają ucztę? - zachichotała inna.
Nagle przez śmiech przedarł się ostry dźwięk dwóch klaśnięć.
- Dość tego. Jest mój. Wynoście się wszystkie.
Kolory i dźwięki rozmyły się w jedno i zblakły... Sen ponownie nieco przeskoczył. Elfia kobieta, która okazała się kapłanką nieznanego bóstwa nocy, miała na imię Serinal. Była siostrą Seliriona, elfa który go pojmał. Poszli do osobnych, bogatych komnat gdzie roztoczyła nad nim opiekę. Po jakimś czasie wyzdrowiał na tyle, że mógł w końcu poruszać się pewniej na nogach ... i zacząć obmyślać plany ucieczki.
Najgorsze było to, że niemal bezustannie ktoś go pilnował. Wiedział, że nie miał szans w starciu z wyszkolonymi klanowymi wojownikami. Nawet nie próbował. Miał tylko jedno życie, do którego bardzo się przywiązał. Musiał działać ostrożnie.
Dano mu czarne ubranie, jak te które nosiła reszta, nie pozwolono jednak nosić broni, a na nadgarstkach zawieszono coś na kształt kajdan tyle, że bez łańcuchów, mimo to nadal doprowadzały go one do szału. Każdy kto go widział, wiedział, że należy do Serinal. Dzięki temu miał chociaż spokój. Podczas pobytu u elfów, zorientował się, że władzę sprawowały kobiety. Najwyżej w hierarchii, postawione były kapłanki, które starał się unikać jak ognia. Sypiał zwykle w dość sporym pomieszczeniu, wraz z czterema innymi ludźmi, którzy mieli ten wątpliwy zaszczyt, być gośćmi elfów. Pomieszczenie zapewniało wszystkie podstawowe wygody. Karmiono dobrze i darowano póki co tortury. Chyba, że ktoś próbował ucieczki. Odbierano to jako swoistą obrazę i poświęcano więźnia bogom. Selthus nie zdawał sobie dotąd sprawy, jak bardzo elfy są religijni. Czcili tak wiele różnych bytów, że chyba nawet sami nie wiedzieli do końca ile.
Gdy pewnego razu odpoczywał w komnacie, przyszedł Selirion. Jak zwykle uśmiechał się tajemniczo. Miał na sobie czarny pancerz, ze srebrnymi zdobieniami. Na piersi przymocowany komplet noży do rzucania. Za plecami wystawał wielki miecz. Srebrzyste włosy zapleciono z tyłu.
- I jak ci się teraz podoba nasz świat? - zapytał, siadając na miękkich poduszkach.
- Przyznam, że potraficie urządzać niegościnne, zatęchłe jaskinie. Do czego zmierzasz? - zapytał podejrzliwie.
- Mam nadzieję, że nie zmiękłeś pod skrzydłami Serinal. - wstał i pokazał gestem, aby zrobił to samo.
- Co, martwisz się o moją kondycję?
Do tej pory nie rozgryzł tego elfa. Wiedział jednak, że póki co, on jeden od samego początku odnosił się do niego ze swoistą sympatią. Był surowy i oschły, głównie przy innych, ale gdy zostawali sami, zachowywał się niemal normalnie. Tak jak teraz.
- Nie tylko o nią się obawiam. Przebywasz w zatrutej wodzie, nekromanto. Długo tego nie przeżyjesz. - wyszeptał, idąc powoli korytarzem.
Selthus spuścił głowę, zastanawiając się nad jego słowami. Nie był głupi, wiedział że musiał istnieć powód tak długiego dzierżenia władzy przez kapłanki. Poza tym Serinal, uważała go bardziej za zwierzątko, a jak wiadomo, wszystko może się znudzić.
- Dokąd idziemy? - zapytał, od niechcenia.
- Co powiesz na małą wycieczkę na powierzchnię? - elf odpowiedział pytaniem, nie patrząc na niego. - Och, nie łudź się, nie damy ci uciec. Chcę raczej sprawdzić, czy jesteś prawdziwym nekromantą.
Wkroczyli do niewielkiego pomieszczenia wypełnionego różnymi gratami. Były tam najróżniejsze stare zbroje, wiele z nich już zardzewiało. Broni, ku swemu rozczarowaniu nie znalazł. Elf przystanął przy wielkim, drewnianym stole. Zgromadzono tam spore skupisko ksiąg. W większość tak starych, że rozsypywały się w rękach. Były tam też zupełnie bezużyteczne dla Selthusa zwoje, woreczki ze starymi, wywietrzanymi ziołami i inne rupiecie, należące zapewne do czarowników i magów.
- Skąd to macie? - zapytał, biorąc łapczywie do rąk jedną z interesujących ksiąg.
Widniał na niej symbol nekromantów.
- Nie jesteś jedynym magiem którego wzięliśmy do niewoli. Póki co jednak, jako jedyny jeszcze żyjesz. - powiedział, klepiąc go po ramieniu. - Zabierz stąd cokolwiek zechcesz. A potem idź do strażnika. Zaprowadzi cię do mnie. - wyszedł, a chłopak zaczął nerwowo przerzucać wszystko.  
Tak jak podejrzewał, większość dotyczyła gałęzi magii, na których zupełnie się nie znał. Znalazł dwie o nekromancji, niestety stare i musiał uważać. Zabrał też kilka woreczków, czyszcząc najpierw ze starej zawartości. Zwoje okazały się zgniłe i niemożliwe do odczytania. Gdy jednak znalazł przypadkiem stary woreczek z runami, serce zabiło mocniej. Były zwykłymi czarnymi kamieniami z wygrawerowanymi złotymi znakami, ale mogły zostać zamieniane na broń. Schował go jak najlepiej potrafił i ze skarbami ruszył do strażnika.

piątek, 9 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 12


Gdy w końcu zdjęto kaptur, rozejrzał się czujnie. Z początku nic nie widział. Odepchnęła go fala smrodu gdy doszła do nosa. Znajdował się w jakiejś wielkiej jaskini, której koniec niknął w mroku. Wokół były kraty, wykonane z przezroczystego kryształu świecącego słabym światłem. Nie dostrzegł więcej źródeł światła. Nie siedział jednak sam. W niewielkich celach spali ludzie. Niektórzy mieli na sobie zbroje z herbami Lodów dla których niegdyś walczyli. Leżeli obok inni, w obdartych łachmanach, w najróżniejszym wieku. Było ich zbyt wielu, aby można wszystkich dostrzec.
- Gdzie jest mój brat?! - wykrzyknął, idąc w kierunku krat.
Natychmiast też oberwał tępym narzędziem i znalazł się na ziemi, przyciskając ręce do obolałej głowy.
- Stul pysk. - wychrypiał ktoś i odszedł od celi.
Sen rozmył się w jedną, czerwoną falę bólu. Selthus usiadł na łóżku, macając obolałą głowę. Czaszkę rozsadzał niesamowity ból, jakby galopowała po niej zbrojna konnica. Jęknął podejrzewając, że to skaranie pańskie. Mimowolnie przypomniał sobie tamte pełne grozy chwile. Nie pamiętał już ile dni spędził w lochu. W ciemnościach, nie mógł rozróżnić wędrówki słońca. Co gorsza, wciąż nie miał żadnych informacji o Albisie. Podejrzewał, że go zabili. Dwa razy dziennie dostawał coś, zapewne mającego być jedzeniem. Niesamowicie śmierdzącą, odrażająca papkę, i kubek brudnej wody. Najpierw nie jadł, mając nadzieję że jakoś się wydostanie. Mylił się... Kraty były odporne na wszelką magię. Przywołania nie wychodziły, a głód stawał się coraz silniejszy. Co gorsza gdy spał, musieli go przeszukać, gdyż zabrali pierścień z duszą Elvero. W końcu musiał zjeść. Przy pierwszej próbie znalazł w jedzeniu robaka i zwymiotował. Oberwał za to od strażnika po żebrach i następnym razem zjadł wszystko.
Zapadł ponownie w sen. Wspomnienia napłynęły jeszcze szybciej ukazując lochy. Zauważył, że co jakiś czas wybierają spośród więźniów dwóch, czasami trzech. Nikt jeszcze nie wrócił. Gdy już stracił wszelką nadzieję na wolność, przyszedł gość. Z początku go nie rozpoznał. Dopiero gdy się odezwał, drgnął nerwowo, odsuwając od niego jak najdalej. Mroczny elf uśmiechnął się szeroko. To był ten sam, który go pojmał.
- Widzę, że zażywasz naszej słynnej gościnności? - zadrwił, opierając się plecami o kratę.
Selthus odwzajemnił wredny uśmiech. Nie chciał dać mu satysfakcji.
- Nie narzekam. Liczyłem na coś więcej.  - odparł, zadziornie unosząc głowę.
Elf przez chwilę nie potrafił ukryć zdumienia. Widać, spodziewał się błagania o litość.
- Słyszałem, że nekromanci to twarde sztuki, ale mnie zaskoczyłeś. Jesteś młody. - kiwał przez chwilę głową, jakby do własnych myśli.
- I co z tego? Nawet ktoś taki jak ja, z łatwością cię zabije. - stwierdził nekromanta, nie spuszczając wzroku.
- No proszę. Ledwo trzymasz się na nogach a mi grozisz? - zaśmiał się głośno.
Selthus strzepnął z szaty wielkiego pająka spacerującego leniwie.  
- Nie lekceważ mnie. Mogę wydawać się słaby, ale tak nie jest. Wiesz, co dzieje się z nekromantą gdy umiera? - zrobił stosowną pauzę. - Zamienia się w Lisza. A wiesz co potrafią Lisze?
Mroczny elf już się nie uśmiechał. Wstał i bez słowa wyszedł, zostawiając nekromantę samego z mrocznymi myślami.
- Nie złamiesz mnie... - wyszeptał jeszcze w próżnię.
Nie pamiętał co działo się potem. Sen łaskawie to pominął. Pominął godziny nerwowego wyczekiwania na odrażający pokarm, próby odrzucenia myśli o śmierci brata i wiele innych katuszy, których doznawał. Rozmyły się w mglistą plamę. Gdy ponownie obraz się wyostrzył, zobaczył znanego elfa. Znowu go odwiedził. Ostatnio bywał tu coraz częściej. Z monotonnych rozmów dowiedział się, że ma na imię Selirion, jest dowódcą całego oddziału i jednym z książąt. Starał się być dla więźnia miły, ale Selthus nigdy mu nie ufał.
- Mam niespodziankę. - powiedział nagle, podając mu pakunek.
Nekromanta ostrożnie go rozwinął i tylko siłą woli powstrzymał się przed zjedzeniem wszystkiego na jego oczach. Był tam chleb, twardy ale zawsze, kawałek wędzonego mięsa i  bukłak z winem, dość wodnistym, ale dla Selthusa był to najlepszy trunek jaki pił kiedykolwiek.
- To jakiś podstęp? - zapytał z pełną buzią.
- Nie, powiedzmy że ktoś chce abyś żył. - po tych słowach ponownie wyszedł.

***
Proszę o komentowanie ^^

środa, 7 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 11


Selthus siedział przyczajony w krzakach. Powoli robiło się ciemno, a od ciągłego trzymania napiętej cięciwy łuku, ramiona bolały niesamowicie. Obok, w odległości zaledwie kilku centymetrów, unosił się duch Elvera.
- Bogowie pokarali mnie tobą... tylko za co? Nie mam pojęcia... - szeptał raz po raz.
- Cicho, bo ją spłoszysz. - szepnął chłopak, zagryzając wargę.
Naprzeciw stała piękna łania, prawdopodobna kolacja.
- I tak nie trafisz. Nie łudź się, jesteś beznadziejny. - powiedziała dusza, wykrzywiając twarz w paskudnym grymasie.
Przez jego postać można było spostrzec liście drzew za nim.
- Gdybym tylko mógł złapać łuk, pokazałbym jak to się robi... Nie tak! Proste plecy! - warknął do ucha.
- Mógłbyś się w końcu zamknąć?! Rozpraszasz mnie! - odwarknął czując mocne kłucie w ramionach.
- Teraz! Strzelaj! - wykrzyknął nagle duch, dotykając go lodowatymi palcami.
Selthus strzelił, ale oczywiście chybił. Podniósł dłoń w kierunku ducha, nakazując ciszę.
- Chociaż tego mi daruj, błagam...
- Celadorzy nie ... - przerwał mu ponownie.
- Wiem! Ale naprawdę zamilcz, bo inaczej zaklnę cię w drzewo i zostawię! - odgrażał się chłopak idąc w kierunku prowizorycznego obozu, gdzie zostawił brata.
- Nie zrobisz tego. Tylko ja ci zostałem. - odparł, dumnym głosem.
- Jest wielu umarłych. - wyszeptał Selthus, ostrożnie stawiając stopy w półmroku.
- Ale tylko jeden taki jak ja.
- O tak! I dzięki za to Bogom. - zaśmiał się chłopak.
- Nie bluźnij, czego cię uczyłem?
Gdy doszli w końcu do obozu, Selthus niósł ze sobą tylko jedną, niewielką rybę, którą jakimś cudem upolował. Albis leżał na prowizorycznym posłaniu z liści i mchu. Drżał na całym ciele, wstrząsany silnymi drgawkami. Od kilku dni nie mógł się już ruszać. Zmogła go nieznana choroba. Selthus nie miał tu nikogo, kto mógłby służyć radą w tych sprawach. Usiadł przy nim i cierpliwie zrobił kolejny zimny okład. Dziś padł ostatni koń. Miał zamiar odzyskać z ciała co tylko zdoła. Mięso było na wagę złota.
- Nie martw się jakoś z tego wyjdziemy. - powtarzał, chyba po raz setny.
Nie chciał, nawet przed sobą przyznać, że zabłądził. Nim zniknęli w mrocznych lasach, wysłał Elvera na przeszpiegi do pobliskich wiosek. Dowiedział się niepokojących pogłosek. Lord, oszalały z wściekłości, wysłał w pościg zbrojnych. Mieli ich obu przyprowadzić żywych. Kto wie jednak co planował potem zrobić. Selthus podejrzewał, że będzie chciał ich poświęcić, aby ożywić ukochaną żonę. Tylko czy to podziała? Czym będzie istota, którą stworzy mrocznym rytuałem? Potrząsnął głową, ignorując natarczywe myśli. Nagle z lewej strony dobiegł jakiś szelest. Szybko obnażył miecz, gotowy odeprzeć atak. Niemal natychmiast poznał, że jest stracony. Wokół stały elfy. Mroczne, o szarej skórze i białych włosach. Ciemne, błyszczące oczy spoglądały na niego z ciekawością. Tylko kilku dobyło zakrzywionych ostrzy.
- Za wejście na nasze tereny grozi śmierć. - powiedział jeden, z dziwnym akcentem.
Był wysoki, w uszach nosił złote ozdoby które dzwoniły cicho przy każdym ruchu. Na sobie miał taki sam, dobrze dopasowany, czarny, skórzany strój co reszta. Srebrne włosy były zaplecione z tyłu w misterne warkocze. Całości dopełniały ciemne, lekko fioletowe oczy i biała, szpiczasta bródka.
Selthus poruszył się niespokojnie. Wiedział, że nie zdołałby obezwładnić wszystkich, tym bardziej z pomocą niematerialnego ducha. Przywołania były jeszcze nieudolne, a poza tym niewiele zabrał ze sobą składników. Opuścił miecz z ociąganiem.
- Nie wiedziałem, że to wasze ziemie. - powiedział, z zadowoleniem stwierdzając, że zapanował nad drżeniem głosu.
Nieznajomy uśmiechnął się szeroko, ukazując lekko szpiczaste kły.
- To cię nie usprawiedliwia. Zabić go. - powiedział, opierają się o konar drzewa.
Selthus zaklął siarczyście i odrzucił miecz, co nieco zdziwiło przeciwników. Nie wiedzieli, że kompletnie nie umie się nim posługiwać. Zamiast tego, wydobył z jednej kieszeni odpowiednio spreparowane przedmioty. Małe woreczki z kośćmi, z dodatkiem ziół i kamieni szlachetnych, oraz mniej przyjemnych rzeczy. Sporo się natrudził aby je wykonać. Miał nadzieję, że choć jeden zrobił prawidłowo. Rzucił wszystkie na pokrytą zbutwiałymi liśćmi ziemię. W pierwszej chwili nic się nie stało, na szczęście przed dalszym atakiem powstrzymał elfy paskudny fetor dobywający się z ziemi. Zielone gazy były tak ohydne, że prawie nie zemdlał. Dopiero po chwili zaczął wyłazić z ziemi mały, paskudny szkielecik. Nie wydawał się imponujący, poza tym był tylko jeden. Selthus niepewnie spojrzał na przeciwników. Byli zdumieni, niektórzy nawet uciekli, czego się nie spodziewał. Większość zaś pozieleniała na twarzy, ze smrodu.
- Co to za plugawa magia?! - krzyknął jeden, plując z obrzydzeniem w bok.
Selthus wyprostował się aby wyglądać na większego.
- Moja własna. Jestem potężnym nekromantą. Zaraz na rozkaz wyjdzie z ziemi cała armia tych istot! - wrzasnął, unosząc dłonie.
Nie musieli przecież wiedzieć, że tylko cudem udało się przywołać choć jednego. Szkielet zaś ledwo wyszedł z ziemi i już rozpadł się w pył. Pozostała zaledwie czaszka. Elf uśmiechnął się na to.
- Niezbyt żywotna ta armia. - zadrwił z niego.
Selthus zrobił się cały czerwony. Odchrząknął, z trudem zachowując spokój. Ponownie zaczął machać rękami, jakby od niechcenia.
- T...to było celowe. Zaraz wyjdzie reszta. - pokiwał głową, szukając jedną ręką po kieszeniach więcej woreczków.
- Nie trudnij się nekromanto. Ta śmierdząca magia może się przydać. Związać ich... - rzucił jeszcze elf, idąc w stronę drzew.
Selthus wybiegł im na przeciw.
- Jego nie trzeba. Jest nieprzytomny i chory. - powiedział szybko.
Nieznajomy zmierzył go dziwnym spojrzeniem.
- Jego również. Nie ufam żadnemu z was.
Nie zdążył nawet zareagować, tak szybko i sprawnie związano dłonie za plecami. Na szczęście bano się go przeszukać. Najwyraźniej nie chcieli natknąć się na nowe paskudne niespodzianki. Zarzucono mu czarny worek na głowę i zapanowała ciemność. Niewiele pamiętał z wyprawy. Tylko narastające przerażenie o przyszły. Podania  które słyszał o mrocznych elfach, nie dodawały otuchy. Były przepełnione okrucieństwem i bezmyślnym mordem. Z tego co pamiętał, wyznawali jakieś dziwne bóstwo domagające się nowych ofiar. Z obsesją na punkcie czystości krwi, nie różnili zbytnio się od chodzących za dnia braci. Byli najlepszymi specami w zastawianiu pułapek, rzucaniu klątw i walce z ukrycia. Poza tym widzieli w ciemnościach i żyli głęboko pod ziemią.  

wtorek, 6 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 10


Selthus z krzykiem obudził się we własnym łóżku. Był bezpieczny, a sen odpłynął. Wytarł pot z czoła i z drżeniem poszedł w stronę kuchni. Ciężko usiadł przy drewnianym stole i zaparzył mocną herbatę.
- Nie ma mowy. Na pewno już nie zasnę. - upił duży łyk, parząc sobie język.
Tyle lat minęło od wydarzenia w wieży. Dotąd jednak nie wiedział, czy  na pewno zabił Mistrza. W końcu, z takimi umiejętnościami, mógł nawet nie być człowiekiem. Wtedy wydawało się to wszystko takie proste. Teraz zaś, gdy wiedział już więcej, miał wrażenie, że cienie tylko czekają aby zaatakować. I nie tylko one. Selthus nachylony nad kubkiem, wspominał. Czarownik zniknął, podobno spłonął wraz z wieżą. Wiedział jednak, że tacy nie odchodzą łatwo. Lord zaś teoretycznie przeżył. Życiem jednak by tego nie nazwał. Selthus wstał z jękiem i powlókł się z powrotem do łóżka. Był zbyt zmęczony aby walczyć ze snem. Miał nadzieję, że tej nocy zaśnie już spokojnie. Nienawidził wspomnień...
Sen nadszedł szybciej, niż się spodziewał. Gdy tylko głowa dotknęła poduszki, odpłynął w otulającą mgiełkę. Biegł... z trudem łapał powietrze. Gardło rozrywał niesamowity ból. Przez napływające do oczu łzy, niewiele widział. Za nim, powoli rozbrzmiewały krzyki przerażenia.
- Pożar! Pali się wieża Czarownika! - krzyczeli nadbiegający ludzie.
Nikt nie zwracał uwagi na biegnącego, niosącego nieprzytomnego chłopca. Nikt ich nie widział... Przystanął, opierając Albisa o pobliską ścianę.
- Wybacz mi... - powtarzał bez przerwy.
Wiedział, że musiał jak najszybciej uciec, ale bał się o brata. Nie wyglądał najlepiej. Był chorobliwie blady i oddychał szybko, jakby trzymał go w objęciach koszmar. Jedyną osobą która mu teraz przychodziła do głowy, a której mógł zaufać, była właśnie Nani. Uniósł brata i ciężko stawiając kroki, skierował się w stronę jej niewielkiego domku. Chata nie była pokaźna, ot skupisko kamieni i dziurawego dachu. Domostwo znajdowało się nieco dalej od środka zamku, niemal przytulone do murów.
Nani stała przy oknie, obserwując szalejący żywioł. Otworzyła im drzwi i niemal krzyknęła, widząc grobową minę Selthusa.
- Coś ty zrobił! Potworze! - wykrzyknęła, układając delikatnie nieprzytomnego Albisa na stole.
- To nie ja... - zdołał tylko wychrypieć, po czym osunął się na pobliskie krzesło. - Błagam... pomóż mu.
Nani nawet na niego nie spojrzała. Widać było, że nie wierzyła w ani jedno słowo. Szybko zbadała Albisa i zrobiła mocno pachnący napar z ziół. Wprawnie wlała mu nieco do gardła. Po tym zabiegu zaczął już lżej oddychać. Nadal jednak pozostawał nieprzytomny. Nani zaczęła ucierać zioła i rzucała niespokojne spojrzenia, siedzącemu w ciszy Selthusowi. Chłopak spoglądał tępo w jeden, nieokreślony punkt. Miał znużony wyraz twarzy i fioletową szyję, na której widniały ślady palców. Trzymał się za lewy bok, w który uderzył Xanidor. Kobieta westchnęła głośno i podeszła bliżej.
- Co tam się stało? Co zrobiłeś?! - potrząsnęła nim.
Selthus jakby dopiero teraz ją spostrzegł. Poruszał ustami, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Nani po chwili dała sobie spokój i podeszła do okna, aby stamtąd obserwować całą scenę. Pożar powoli przenosił sie na pobliskie budynki. Jej dom był jednak daleko, przypuszczała, że do tego czasu strażnicy zdążą nad nim zapanować. Gdy Selthus z jękiem powlókł się w kierunku śpiącego Albisa, kobieta zacisnęła mu mocno palce na nadgarstku. Była szybka, gdy na czymś jej zależało.
- Co ty robisz?! Chcesz go jeszcze dobić? - wysyczała wściekła.
Pokręcił przecząco głową, zbyt przerażony aby myśleć racjonalnie. Wiedział tylko, że muszą uciekać i to szybko.
- Odejdź! Uciekaj stąd potworze! Zostaw go. Bez ciebie będzie bezpieczniejszy! - za każdym wymawianym słowem, coraz bardziej popychała go w stronę drzwi.
- Ale... to mój brat. - wyszeptał przez łzy.
- I co z tego?! To nie przeszkodziło tobie i czarownikowi w wykorzystaniu go! - wykrzyknęła w furii. - Uciekaj! Albo klnę się na Bogów, że cię zabiję. Nikt i tak nie będzie płakał. Zawsze byłeś monstrum. Stworzonym do zła. Ja od dawna to wiedziałam. Tylko ja się nie myliłam. Tylko ja miałam rację... - mówiła coraz bardziej gorączkowo, jednocześnie sięgając po leżący na stoliku nożyk.
Selthus widząc to, zaczął się bezwładnie cofać, aż poczuł za plecami chropowatą ścianę.
- Proszę... nie możesz. To mój brat. Nie mogę odejść bez niego. - mamrotał.
- Odejdziesz. Już ja o to zadbam. - powiedziała kobieta, , idąc powoli z paskudnym uśmiechem.
Tak mocno zacisnęła palce na nożu, że kostki zbielały. Gdy dzieliło ją zaledwie kilka kroków, zza pleców dobiegł słaby głos Albisa.
- Selthusie? C...czy wszystko w porządku? Co tu robimy? - zapytał, z trudem siadając.
Rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem wokół i gdy dostrzegł Nani, uśmiechnął promiennie. Kobieta ukryła przed nim nóż w fałdach szarej sukni.
- Już dobrze maleńki. Twój brat właśnie wychodził. - posłała Selthusowi złowrogie spojrzenie.
- Co? Nie, nie może. Selthusie, miałem straszne sny. - załkał, a brat wyminął Nani i przytulił go.
- Już dobrze. To były tylko sny. Wiesz, że w nie się nie wieży, prawda? - zapytał, z trudem zdobywając się na uśmiech.
Albis spojrzał mu prosto w oczy.
- Wiem...
Z zewnątrz dobiegały coraz głośniejsze krzyki. Pożar wzrósł na sile i pochłonął całą wieżę, niszcząc ją doszczętnie. Na szczęście dzielni ludzie powoli go opanowywali.
- Muszę iść i pomóc. Na pewno będzie wielu rannych. Nie ruszajcie się stąd. - wysyczała, patrząc groźnie na Selthusa.
Ten jednak zupełnie jej już nie widział, gładził tylko delikatnie po głowie Albisa. Gdy wyszła, szybko ruszył w kierunku drzwi i wyjrzał, obserwując wszystko uważnie.
- Selthusie! Nie zostawiaj mnie samego! - wykrzyknął za nim brat.
- Spokojnie, nigdzie nie idę. - zmrużył niebezpiecznie oczy.
Nie ufał jędzy. Chciała go zabić aby mieć Albisa tylko dla siebie. Musieli uciekać, ale najpierw chciał sprawdzić co z ojcem.
- Zaraz wrócę, a ty ani drgnij. - spojrzał na niego ostro i wyszedł, głuchy na błagania.
Biegł szybko i zwinnie, przyciśnięty do ścian budynków. Ludzie idący z pomocą, nie mogli go widzieć. Dostał się w pobliże zamku i pobiegł do komnat. Musiał zabrać co się da. Miał złe przeczucia. Jeśli ojciec przeżył... mogło to znaczyć koniec. Chciał zabić Albisa, a teraz gdy pokrzyżowano mu plany ożywienia żony, na pewno zechce unicestwić i jego. W akcie zemsty. W komnacie zamku szybko pakował do torby ciepłe odzienie i tyle złota, ile tylko mógł znaleźć. Następnie zakradł się do kuchni, która była pusta. Ludzie w panice wybiegli na zewnątrz, chcąc pomóc lub uciec jak najdalej. Zabrał trochę jedzenia i obładowany, wybrał się w drogę powrotną do domu Nani. To, co zobaczył, doprowadziło go jednak do furii. Jędza ich wydała. Stała tam, pokazując na dom. Rozmawiała z grupką rycerzy. Na pewno naopowiadała im potwornych rzeczy. Pewnie według niej, to on podłożył ogień. Choć nie był do końca pewien, czy tak nie było w rzeczywistości. Obszedł sprawnie dom i już chciał wejść od tyłu, gdy przez przypadek spojrzał w kierunku płonących domów. Na ich tle odznaczała się postać człowieka. Zrazu wziął go za zwykłego rycerza, lecz gdy kilku podbiegło do nieznajomego i oddało pokłony, wiedział że ojciec przeżył.
Przełknął z trudem ślinę. Nagle gardło wyschło na wiór. Wszedł od tyłu do domku i zabarykadował szybko frontowe drzwi. Albis spoglądał ze zdumieniem wymalowanym na twarzy.
- Co robisz? Nani  będzie wściekła. - powiedział, unosząc się na rękach do pozycji siedzącej.
- Nie wątpię. Niech się cieszy, że zabraknie mi czasu aby ją odpowiednio... nagrodzić. - powiedział z krzywym uśmiechem. - Dasz radę iść? Musimy uciekać.
Gdy skończył mówić, ktoś zaczął się dobijać do drzwi.
- Otwierać w imię Lorda Zamku! - wrzeszczał tubalny głos.
- Chodź! Szybko, wstawaj! Musimy uciekać! - wykrzyknął, biorąc brata za rękę i ciągnąc w kierunku drugich drzwi.
Ucieczka, we wspomnieniach była jedną rozmytą plamą chaosu. Niewiele pamiętał. Tylko ogień, krzyki i ból. Wszechogarniający strach. Udało im się ukraść konie, uciekli w całym zamieszaniu w las. Selthus nie wiedział gdzie się udać. Nie miał innej rodziny. Krewni matki mieszkali zbyt daleko. A ojca... lepiej było o nich nie mówić. Był zdany tylko na siebie. Przez długi czas włóczyli się bez celu, po mrocznych lasach. Jednak byli przyzwyczajeni do takiego życia. Gdy skończyła się żywność, musieli polować. Selthus zupełnie nie znał się na tym i wiele razy chodzili spać głodni i zziębnięci. Gdy zapuścili się na zupełnie nieznane tereny, popełnił jeden ze swoich większych błędów... Naruszył terytorium Mrocznych Elfów.
***
Skasowało mi poprzedni post, niestety dlatego jestem zmuszona wrzucić go ponownie :(

piątek, 2 maja 2014

Człowiek bez duszy cz. 9

Albis wydawał ciche jęki, jak mały kwilący kociak. Zapewne podano jakiś mocny narkotyk, gdyż nie wydawało się aby wiedział gdzie jest. Ustawiono go w drugim kręgu i przypięto łańcuchami zwisającymi z sufitu. Lord, z niezmienionym wyrazem twarzy stanął obok czarownika. Poprzez ciche jęki dziewczyny przebijał się miarowy, dudniący głos Xanidora. Z każdą chwilą wzrastał na sile, aż w końcu wydawało się że rozerwie ich czaszki. Wówczas zaczęło się najgorsze. Czarownik nadal śpiewając uniósł zdobiony rubinami sztylet i z niezmienionym wyrazem twarzy, wbił go w serce dziewczyny. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Zaraz potem, znaki pod ich stopami rozświetlił wewnętrzny żar. Selthus z trudem pozostał przytomny. Kręciło mu się w głowie, a w nosie czuł okropny smród palonych ziół i krwi. To nie tak miało wyglądać. Jego brata nie powinno tu być.
Xanidor zaczął tanecznym krokiem iść w kierunku pierwszej zawieszonej postaci. Zadźwięczały łańcuchy, gdy przecinał mu tętnicę szyjną. Krew poleciała daleko, plamiąc wszystko wokół. Wkrótce cała komnata dosłownie nią spływała. Selthus z przerażeniem spojrzał na swego ojca, chcąc uzyskać u niego jakąkolwiek pomoc. Wyglądał on jednak tak, jakby zupełnie ich nie widział. Jednostajnym ruchem gładził lodowatą powierzchnię sarkofagu żony.
- Spokojnie kochanie. Już niedługo, jeszcze tylko chwilę... - powtarzał bez przerwy, niczym straszliwą mantrę.
Gdy Selthus spostrzegł, że Xanidor z tą samą bezwzględnością odchyla bezwładną głowę jego brata, omal nie zwymiotował.
- Stój! Nie możesz! - wykrzyknął, biegnąc do niego.
Opuścił swój krąg i omal nie upadł, przygnieciony dziwnym ciężarem. Jakby ktoś coś mu zawiesił na szyi, albo przypiął go łańcuchem do podłogi. Nie mógł długo z tym walczyć. Runął na zakrwawioną posadzkę, dygocąc z wściekłości i bezsilności.
- Ostrzegałem Selthusie. Nie sprzeciwiaj mi się bo gorzko tego pożałujesz. Cel uświęca środki. Poza tym to absolutnie konieczne. Twój ojciec był mi winien życie swego syna a ja... wezmę je oba. Dlaczego miałbym się ograniczać? - wyszeptał z paskudnym uśmiechem.
- Ale to Albis! On nawet nie ma żadnej mocy! - krzyczał ile sił w płucach, wiercąc się na podłodze.
- Jesteś w błędzie. Tu zawsze chodziło o niego. To dziecko, ma wyjątkowo irytujące zdolności, które chętnie posiądę. Jego śmierć jest dla nas przełomowa. Razem zapanujemy nad uzdrawianiem i nie tylko! Zobaczysz, niedługo będziesz mi wdzięczny. - powiedział, z zadowoloną miną.
Nagle skrzywił się zdziwiony, gdy coś mocno chwyciło go za kostkę. Spojrzał od niechcenia w dół aby zobaczyć wyłaniających się spomiędzy kamieni nieumarłych.
- Puść go! Błagam! Weź mnie, tylko nie krzywdź Albisa. - wyjąkał, z trudem unosząc głowę.
Co go tak osłabiało? Dotknął medalionu wżynającego mu się w kark. Prezent od Xanidora, miał go chronić. Selthus zaklął siarczyście, próbując go zerwać. Czarownik tymczasem jednym silnym kopniakiem odtrącił szare, kościste dłonie i wrócił do przerwanej czynności.
- Oddaję twą duszę... - nie dokończył, gdyż Selthus rzucił w jego stronę jedynym co mogło mu w tej chwili pomóc.
Niepozorny kamyk z namalowanym starożytnym symbolem runy. Gdy dotknął on ciała czarownika, rozbłysnął silnym światłem, oślepiając wszystkich wokół. To dało mu czas którego potrzebował. Musiał pozbyć się medalionu. Z jękiem wydobył niewielki sztylet i przeciął łańcuszek. Był wolny, chwiejąc się na nogach, stanął naprzeciw swego Mistrza.
- Puść go. - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- To rozkaz? - zadrwił czarownik.
- A jak myślisz. - nie czekając na jego reakcję rzucił sztyletem.
Ku swemu zdumieniu trafił, choć rana niestety nie była śmiertelna. Szybkim ruchem odepchnął chwiejącego się czarownika na bok i zaczął się mocować z kajdanami swego brata. Gdy go uwolnił, ten upadł bez życia na podłogę.
- Powstrzymaj go! - rzucił Xanidor do Lorda.
Jego ojciec, z zakrzywionymi niczym szponami palcami, rzucił się na syna. W jego oczach na próżno było szukać ojcowskiej miłości. Dawno już przygasła i zniknęła, pod wpływem zaklęć czarownika i jego zatrutych słów. Zacisnął on skurczone dłonie na gardle Selthusa. Z jego gardła wyrwał się dziwny, nieludzki charkot. Chłopak nie miał sił aby błagać, aby odwołać się do jego uczuć. Nie mógł nawet zaczerpnąć tchu. Czuł jak powoli uchodzi z niego życie. Mógł zrobić jedyne w czym był dobry. Przywołał pomoc...
Delikatnym ruchem dłoni rzucił na ziemię coś, przypominającego niewielki związany woreczek. Nieco wcześniej, po uwięzieniu duszy Elvera, zaklął ją w swym pierścieniu, aby zawsze była pod ręką. Teraz wysłał jej istotę do tego woreczka, by mogła zrobić za niego resztę. Musiał mu zaufać. Kiedy podjął naukę u Xanidora, odkrył że ma niezwykły talent w nekromancji. Z początku nie chciał nawet o tym słyszeć, ale z czasem i do tego musiał się przekonać. Tak jak do wielu innych, straszliwych praktyk.
Wokół jego drobnej postaci pojawił się niewielki, świetlisty krąg koloru zgniłej zieleni. Nie miał pewności czy przywołanie się powiedzie. Nie robił tego zbyt często. Dlatego, gdy już zaczął tracić przytomność, z ulgą spostrzegł, że z przeciwległej ściany coś zaczęło się wyłaniać. Z początku podobne jedynie do niedoskonałości albo załamania światła, zaczęło rosnąć. Po chwili przybrało bardziej ludzkiej kształty i oddzieliło się od muru. Przypominało karykaturę człowieka. Niemniej jego świdrujące, czerwone oczy padły natychmiast na szamoczącą się parę. Stwór z niezwykłą siłą odczepił palce Lorda od gardła Selthusa i rzucił go na drugi koniec komnaty. Chłopak zaś upadł, niemal bez życia, krztusząc się i z trudem łapiąc oddech. Jeszcze nigdy nie czuł takiego bólu. Podczołgał się do nadal nieprzytomnego Albisa i chwycił go w ramiona. Wtulił się w jego niegdyś białe odzienie. Miał ochotę wykrzyczeć całą swoją wściekłość. Jedyne jednak co wydobyło się z jego gardła, nie przypominało mowy ludzkiej. Przez chwilę zapomniał o czarowniku i odrażającym rytuale. Ten błogi stan nie mógł jednak trwać długo. Został wyrwany brutalnie przez silny cios w bok. Poleciał kawałek dalej uderzając o ołtarz. Jego przywołany stwór został szybko unieszkodliwiony przez Xanidora, zaś dusza powróciła ponownie do pierścienia. Zaraz potem czarownik nachylił się nad Selthusem, z wyrazem dzikiej furii.
- Chciałem cię uczynić moim uczniem! Ale teraz zrobię z ciebie nieumarłego sługę! Tylko do tego się nadajesz! - wykrzyknął, chcąc zacisnąć palce na jego poranionym gardle.
Chłopak warknął i zaczął ostatkami sił bronić się przed nim. Nie mógł jednak dorównać mu siłą. Jego palce trafiły nagle na zimną powierzchnię sztyletu. Xanidor nawet nie odczuł tamtego ciosu, pozostawił sztylet tam gdzie ten go trafił. To była jego szansa. Jedyna... Chwycił mocno broń i zaczął jak najszybciej zadawać liczne ciosy. Zamknął oczy, nie chcąc widzieć zdziwienia na twarzy swego Mistrza. Gdy ten już osuwał się na posadzkę, chłopak jeszcze szepnął mu do ucha.
- Mój brat nigdy nie będzie twoją ofiarą. Ani ja. - jednym, płynnym ruchem przeciął mu gardło.

środa, 30 kwietnia 2014

Człowiek bez duszy cz. 8

Sen ponownie się zmienił, pozostawiając po sobie tylko dziwne wspomnienie. Tym razem wyrzucił go nieco dalej w przyszłość, w pobliże tej pamiętnej nocy która tak bardzo zmieniła jego życie. Pamiętał tylko, że liczył się cel. Aby go osiągnąć musiał jeszcze wiele zrobić, a czasu było coraz mniej. Najważniejsza noc zbliżała się coraz szybciej. Była najdłuższa w roku i to wraz z pełnią księżyca. To był idealny czas aby tworzyć rzeczy piękne i straszne. Wraz z Xanidorem już od tygodnia nie wychodzili z wieży. Zgromadzenie potrzebnych składników, w tym ciał niewolników, było trudne i czasochłonne. Odpowiednie ich ułożenie, jeszcze gorsze. Poza tym wypadało, aby jednak dożyli tej nocy. Należało ich więc karmić i utrzymywać w odpowiednim stanie. Selthus stał teraz wraz ze swym Mistrzem w wielkiej wieży, położonej najdalej od zamku-twierdzy.
- Przyprowadź jeszcze tą śliczną służkę. Posłuży nam za ofiarę. - powiedział czarownik, rysując dziwne znaki na ziemi.
- Tak Mistrzu. Ma być przytomna? - zapytał beznamiętnym tonem.
- Oczywiście. Jej krzyki tylko nam pomogą.
Selthus skinął głową i zniknął w ciemnym otworze w podłodze, prowadzącym do piwnic. Po chwili dało się słyszeć ciche łkanie dziewczyny. Była w łachmanach i ciężkich kajdanach. Mogła mieć nie więcej niż 15 lat. Długie, brązowe włosy spływały jej na twarz. Jej przerażenie tylko wzrosło gdy spostrzegła przygotowania. Całe okrągłe pomieszczenie tonęło w półmroku rozświetlanym jedynie przez drgające promienie świec. Na środku stał wielki, kamienny ołtarz. Na jednej jego części umieszczono lodowy sarkofag, z Lady tej Twierdzy. Ciało było niemal nietknięte przez czas. Lód idealnie ją zakonserwował. Jej delikatne, złociste włosy ułożyły wokół drobnej głowy świetlistą aureolę. Szaty w kolorze letniego nieba, komponowały się z całą postacią. Pozostała tak, zamknięta przez lata, w niemal nietopniejącym lodzie. Ołtarz był wielki, drugą jego część pozostawiono pustą. Wokół tego podwyższenia narysowano krąg ochronny, złożony z dziwnych znaków których nie mogła znać przyprowadzona dziewczyna. Gdzieniegdzie pozawieszano ciała nieszczęśników, nie wiedziała jednak czy są żywi czy umarli. Gdy błagała o życie, zataszczono ją brutalnie do ołtarza i przypięto kajdanami.
- Doskonale Selthusie. Zrobiłeś wielkie postępy. - pochwalił go Xanidor z uśmiechem.
- Dziękuję Mistrzu, ale... czy ta ofiara jest konieczna? - wciąż się wahał, niewiele, ale to wystarczyło, aby wywołać na twarzy Mistrza grymas wściekłości.
- Selthusie... czy mam rozumieć, że ty sam chcesz tu legnąć? - pokazał od niechcenia szamoczącą się dziewczynę.
Chłopak spuścił głowę.
- Nie Mistrzu. Wybacz.
- Nigdy więcej nie wątp w me słowa, ani mi się nie sprzeciwiaj. Dobrze ci radzę. - wrócił do przeglądania księgi, poprawiając liczne znaki wypisane wokół całego pomieszczenia.
Nagle ktoś otworzył z głośnym hukiem drzwi do wieży. W progu stał jego ojciec, Lord tego zamku. Niewiele jednak pozostało mu z człowieka którym niegdyś zapewne był. Jego blada, chorobliwie zielonkawa skóra, przypominała teraz wytarty pergamin, strój miał w nieładzie, nie zabrał nawet miecza, ani strażników. Gdy wszedł, zamaszystym krokiem, nawet nie spojrzał na syna. Jego rozognione spojrzenie padło tylko na zamrożoną ukochaną. Nie widział ani Selthusa, ani wleczonego przez siebie Albisa.
- Co on tu robi?! - wykrzyknął Selthus, idąc w stronę brata.
- Jest niezbędny, jak wszystko w tym miejscu. A teraz zamilcz i zajmij swe miejsce. - powiedział nieznoszącym sprzeciwu głosem czarownik.
- Co chcesz mu zrobić?! - chłopak nie poddawał się.
Dziewka to jedno, ale tu miał swego brata, jedynego. Czarownik warknął i zaciągnął go na wyrysowany niewielki krąg wewnątrz wielu większych ozdabiających licznie kamienną posadzkę.
- Jeszcze jedno słowo, a każę ci wyrwać język. - zagroził zaskoczonemu chłopakowi.
- Wybacz Mistrzu. Będę słuchał... jak zawsze. - powiedział spuszczając potulnie głowę.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Człowiek bez duszy cz. 7


Nie rzucał on żadnego światła, tak jak oczekiwał chłopak. Wręcz przeciwnie, pochłaniał je łapczywie. Był cały szary, wokół niego wirowały w dziwnym tańcu maleńkie, ciemne punkciki. Selthus przez chwilę patrzył na niego, zdumiony i urzeczony. Z początku nawet podejrzewał, że przywołał nie tego ducha co trzeba. Gdy jednak spojrzał w jego oczy wiedział, że wszystko zrobił poprawnie. Białe, świetliste, rozwiane niczym na wietrze włosy przysłaniały dwie czarne dziury, w których paliły się zielone światełka. Usta miał wykrzywione w znanym mu wrednym grymasie. Na sobie zaś zaledwie cień dawnej zbroi, podobnej teraz do mgły pokrywającej o poranku pola. Gdy otworzył usta, wydał się z nich straszliwy świst. Chłopak zasłonił dłońmi uszy, ale to w niczym nie pomogło. Dźwięk dudnił we wnętrzu jego czaszki.
- Chłoooopcze.... chłopcze.... czego chcesz? Nie pozwalasz mi spocząć w spokoju? - wyszeptał grobowym tonem, a po plecach Selthusa przeszły ciarki.
Nie tak to sobie wyobrażał. Miał ochotę wybiec stąd z krzykiem. Nie mógł jednak tego zrobić, zaszedł już za daleko. Wstał, z trudem panując nad miękkimi kolanami.
- Nie. - głos mu drżał zaś język stanął kołkiem. - Nie pozwolę ci odejść, masz mi służyć.
Zaschło mu w gardle, a przecież musiał jeszcze tyle powiedzieć.
Duch zaśmiał się okropnie. Od tego omal serce nie stanęło chłopakowi w piersi. W krypcie było coraz zimniej.
- Spójrz... rozejrzyj się... nie jesteś tu sam... - kontynuował duch. - Daj mi usnąć... muszę iść... wołają mnie, nie słyszysz ich szeptów? - niemal załkał, wyciągając chude dłonie w kierunku jego ciała.
Selthus drgnął, ale nie uciekł.
- Stój! Rozkazuję ci! - zamachał niewielkim woreczkiem, w którym ukrył włosy zmarłego.
Duch zatrzymał się i zmierzył go swym gorejącym wzrokiem.
- Jesteś głupcem chłopcze... - powiedział, zaraz potem z jego gardła wyrwał się tak żałosny pisk, że Selthus ponownie znalazł się na klęczkach, przyciskając ręce do uszu.
- Przestań! Wyjdź z mojej głowy! - wrzeszczał, a gdy tortura dobiegła końcu, zamrugał zaskoczony oczami.
Uniósł niepewnie głowę po to tylko, aby odskoczyć ponownie z krzykiem. Tuż przy nim, w odległości zaledwie kilku centymetrów wisiała głowa Elvera, bez ciała które niknęło w mroku.
- Co to za sztuczka! Nie igraj ze mną! Nie przestraszysz mnie. - wysyczał Selthus, dumnie stając na nogach.
Ręce mu drżały jak nigdy w życiu. Nie opuścił jednak ochronnego kręgu. Wiedział, że gdyby to zrobił, przyzwana istota rozerwałaby go na strzępy.
- Doprawdy? Widzę coś zupełnie innego. Chłopca trzęsącego się przede mną jak dziewka w noc poślubną. - zadrwił duch, wypełniając wnętrze swym okropnym śmiechem.
- Już nigdy nie będziesz mnie poniżał! - wysyczał Selthus, potrząsając woreczkiem.
Duch nagle zwiększył swe rozmiary, wypełniając sobą całą przestrzeń.
- Nikt mi nie rozkazuje! Ani ty, ani tym bardziej Oni! Nie mam żadnego mistrza Aaaa!!! - nagle krzyknął, zmniejszając się znacznie.
Był teraz nie większy niż świeca. Jego nikły blask już nawet nie pochłaniał innych świateł. Walczył tylko o dalszą egzystencję.
- C...co się stało? - zapytał niepewnie chłopak, podchodząc.
- Ciemność się zbiera... nadchodzą... UCIEKAJ!!! - wykrzyknął, wypełniając całą czaszkę chłopaka swym głosem.
Selthus cofnął się przerażony. Nie rozumiał co się działo. Zrobił przecież wszystko co było napisane w księdze. Co do ostatniego szczególiku. Powinno być łatwiej! To nie było sprawiedliwe! Komnatę ogarnęły nagle cienie. Temperatura ponownie spadła, tworząc z trzaskiem piękne malowidła ze szronu, na ścianach. Następnie sycząc, zaczęły poklei gasnąć świece, a chłopak poczuł ukłucie strachu. Zapanowała ciemność...  
Pierwszym co zobaczył, były wpatrzone w niego maleńkie, świetliste punkciki. Niestety z każdą chwilą dostrzegał coraz więcej szczegółów. Nie ośmielił się jednak zamknąć oczu. Zabiliby go za to... Byli podobni do Elvera, ale znacznie bardziej mroczni, ciemniejszej barwy. Mieli stare, mgliste zbroje, zakrzywione pazury i najczęściej, w niewielkim stopniu przypominali ludzi którymi może kiedyś byli.
- Czego chcą?! - wykrzyknął, gdy nie zbliżali się ani nic nie uczynili.
- Mnie, ciebie, nas... duuuusz... - wyszeptał z jękiem.
Chłopak zmrużył wściekle oczy. Przyszli po jego własność. Elvero był jego, JEGO. Nikomu go nie odda. Chwycił szybko niewielki kamyk z wyrzeźbioną runą. Gdy ją rozbił ze zgrzytem o podłogę, z zawodem stwierdził, że nic się nie stało.
- Chłopcze, już za późno... nic nie poradzisz... - głos Elvera niknął powoli w pustce.
Oczy zaś spoglądały na nich, nieczułe i wygłodniałe. Selthus spostrzegł, że zaczynały się do niego przybliżać, zaś ich usta poruszały się w bezgłośnej groźbie. Co gorsza, jeden z nich zamknął w swych kościstych dłoniach maleńką duszę Elvera.
- Puść go upiorze! - krzyknął chłopak i niewiele myśląc ruszył do ataku.
Opuścił ochronny krąg rzucając proste zaklęcia światła, ognia... cokolwiek mu przyszło do głowy. Gdy poczuł dotyk jednego z nich wiedział, że wraz z ciepłem uchodzi z niego życie. Odwrócił się na pięcie widząc, że droga ucieczki jest zamknięta. Dusze napierały swymi niematerialnymi ciałami, powodując u niego coraz większe osłabienie. Powoli nie mógł oddychać. Nie chciał jednak tak ginąć, był przecież nekromantą, a oni mieli panować nad takimi jak ci tu.
- Dość! - wykrzyknął, zaś jego postać została spowita przez czerwoną aurę.
Stworzenia odskoczyły od niego z sykiem, na bezpieczną odległość.
- On jest mój! Oddajcie mi go, natychmiast - wysyczał wściekły.
Nie czuł już strachu, nie było tu na niego miejsca. Jedna z istot zrobiła mu miejsce, zaś pod ścianą unosił się ledwo widoczny płomień duszy Elvera. Selthus dumnym krokiem poszedł w tamtą stronę, uważając jednocześnie aby nie dotknąć żadnego z upiorów. Gdy chwycił maleńkie światełko, poczuł gorące łzy ulgi, spływające po jego lodowatych policzkach.
- Należy do ciebie nekromanto... - wyszeptała jeden z nich, który zaszedł go od tyłu.
Dotknął jego ramienia, zostawiając na nim wypalony ślad. Chłopak skrzywił się z bólu, ale nie mógł się od niego uwolnić. Poczuł że istota szepcze mu do ucha kolejne słowa.
- Przyjdziemy po ciebie, gdy nadejdzie kres... jesteś nam winny duszę...
Po tych słowach Selthus padł zemdlony na kamienną posadzkę. Rozbił sobie przy tym głowę. Nie wiedział ile pozostawał nieprzytomny. Obudził się potem, cały obolały. Leżał w kałuży zakrzepłej krwi. Włosy miał nią paskudnie pozlepiane. Ramię przeszył mu ból, ale miał to... Obok niego unosiła się dusza Elvero. Selthus szybko zamknął ją w niewielkim pojemniku, przypominającym szkatułkę i z miną zdobywcy poszedł w stronę wyjścia.
© Agata | WioskaSzablonów
Resurgere and Grinmir-stock